Grunwaldzkie wilcze doły – historia prawdziwa

Dziś – w dodatkowym felietonie z cyklu „Historia po mojemu”, prezentowanym z okazji rocznicy bitwy grunwaldzkiej – krótko o rzeczy, która do dziś, choć wydaje się ostatecznie wyjaśniona, wzbudza kontrowersje. Wilcze doły na polu śmiertelnego starcia pod Grunwaldem. Jak to z nimi było naprawdę? Postaram się krótko streści Wam krótko najnowsze ustalenia historyków.

Wilcze doły to element fortyfikacji polowych, po raz pierwszy zastosowany jeszcze w czasach rzymskich. Zwykle był po prostu głębokim wykopem (rowem, dołem z ostrymi palami wbitymi w dno, zamaskowanym w celu zmylenia przeciwnika. Zazwyczaj stosowano je w zespołach a swej skuteczności dowodziły zwłaszcza w walce przeciwko kawalerii wroga. Tyle encyklopedycznej definicji.

A co z praktyką? Znane są dowody źródłowe na to, iż i w średniowieczu powszechnie stosowano wilcze doły. Teoria taka pojawiła się też w odniesieniu do Wielkiej Wojny z Zakonem Krzyżackim i – wspomnianej już – bitwy pod Grunwaldem. Według jednego tylko sprawozdania, pochodzącego z późnej Kroniki Bychowca za przeszkodami takimi miały schronić się wojska krzyżackie. Wilcze doły pod Grunwaldem miały powstrzymać szarże sił polskich, litewskich, ruskich i tatarskich. To doniesienie zostało powtórzone przez znakomitego badacza omawianej bitwy Stefana M. Kuczyńskiego. W ślad za nim teorię wilczych dołów szeroko rozpropagowano w filmie „Krzyżacy”, którego Kuczyński był konsultantem.

A jak teoria wilczych dołów wygląda dziś? Czy wytrzymała starcie z nowszymi badaniami historyków? Najkrócej mówiąc – no ni do końca!

Zapiski z Kroniki Bychowca i ustalenia Kuczyńskiego opierają się na założeniach, iż armia von Jungingena przybyła na pole grunwaldzkie już po południu 14 lipca, czyli co najmniej na kilkanaście godzin przed pojawieniem się tam wojsk sprzymierzonych.  W tym układzie rzeczywiście mieliby czas na kopanie wilczych dołów i zagospodarowanie pola przyszłej batalii pod swoje potrzeby. Kłóci się to jednak ze współczesnymi badaniami, ze współczesną wizją krzyżackiego marszu pod Grunwald i Stębark. Z ogromnej większości źródeł z epoki, w tym tych krzyżackich i pruskich wiemy dziś, że 14 lipca krzyżacy spędzili w obozie pod Lubawą a dopiero po południu wymaszerowali na wschód, by przeciąć drogę maszerującemu przeciwnikowi. Z ogromną dozą prawdopodobieństwa możemy dziś powiedzieć, iż wojska Wielkiego Mistrza dotarły pod Grunwald na chwilę (godzinę, może dwie) przed siłami Jagiełły. Kiedy zatem mieliby zakonnicy i ich wojska kopać te wilcze doły?  Żelazna logika prawda?

Po za tym o jakichkolwiek przeszkodach terenowych milczą wszelkie źródła najważniejsze przy okazji analizy batalii grunwaldzkiej. Nawet Długosz, który na pewno nie zawahałby się zarzucić Krzyżakom niehonorowego, nierycerskiego posunięcia.

Więc jak podsumować kwestię wilczych dołów? Takich – ani żadnych innych – sztucznych przeszkód terenowych na polu grunwaldzkim na pewno nie było. To już zostało absolutnie potwierdzone przez polskich, litewskich i białoruskich historyków. Ale… no właśnie. Jest i jedno ale. W swym opracowaniu znakomity mediewista krakowski prof. Jerzy Rajman dowodzi, iż za wilcze doły mogli potomni wziąć niewielkie jeziorka wytopiskowe, wąskie cieki wodne i mokradła, których pomiędzy Grunwaldem, Stębarkiem a Ulnowem jest dość sporo. I mogły one okresowo napełnić się wodą choć po części, bo ze źródeł wiemy, iż w dzień bitwy, wczesnym rankiem nad okolicą przeszła ulewa. Czy mogły być one przeszkodą dla szarżującej ciężkiej jazdy? Zapewne? Czy były? Tego nie wiemy na 100 %.

Nie warto, więc wierzyć na pewno każdej, nawet sensacyjnej wieści. Warto sprawdzać. Bo historyk –nawet pasjonat –musi wątpić. Po prostu musi!

Dawid Siuta

ILUSTRACJA: Fragment obrazu Artuar Orlonow, Chorągiew lwowska w bitwie pod Grunwaldem (wikimedia commons)

One Comment

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*