Od małych dzieci zazwyczaj nie wymaga się wiele. Ważne by prawidłowo się rozwijały a w stosownym wieku pogłębiały zdolności intelektualne. Zwykle w ciągu czterech, może pięciu pierwszych lat życia dziecko, mimo iż uczy się ono wielu rzeczy, przykłada raczej większą wagę do zabawy niż nauki. Ale było w historii ludzkości takie dziecko, które już w pierwszych latach życia nauczyło się więcej niż niektórzy ludzie przez całe życie. Tym cudownym dzieckiem był Christian Heinrich Heineken.

A dlaczego o tym w ogóle rozmawiamy? Gdyby ktoś nie zauważył, skończył się rok szkolny. A jak zakończenie roku to i rozdanie świadectw. Tylko, że w tym roku było wokół niego trochę więcej zamieszania niż zwykle i to w całym kraju. Bo wiadomo, dla tych z najlepszymi ocenami (nie piszę „najlepszych”, bo w rzeczywistości szkolnej to zwykle nie to samo) są przewidziane wyróżnienia, nawet w formie graficznej ukazane na świadectwie. Popularny „czerwony pasek”, a właściwie biało- czerwoną wstęgę, przywodzącą na myśl flagę RP, biegnącą po arkuszu pionowo, zaczęto właśnie w tym roku nazywać– z nie do końca zidentyfikowanych powodów– „piętnem systemu”, przy okazji twierdząc, że w ten sposób premiuje się dzieciaki kujące a zaniża samoocenę u dzieciaków inteligentnych i mądrych, ale nie podług wymagań ministerialnych. Może to i prawda. Jednak przy okazji tego zamieszania do głowy przyszedł mi pomysł zastanowienia się nad tym, jak zazwyczaj kończą dzieci– nawet te genialne, którym za wysoko zawiesza się poprzeczki, od których po prostu za dużo się wymaga. Tylko, że mój pomyślnie mógł za bardzo się zmaterializować, ale na szczęście w porę z pomocą nadszedł nasz redaktor naczelny, który podrzucił mi genialny materiał. A więc do rzeczy!  Mówmy o najmądrzejszym dziecku na świecie, którego potencjał po prostu roztrwoniono.

Christian Heinrich Heineken w dniu narodzin nie uchodził za geniusza. Jak tysiące innych dzieci przyszedł na świat na początku XVIII stulecia. Miejscem jego narodzin była Lubeka. Miał wszelkie szanse by wieść szczęśliwe i spokojne dzieciństwo, gdyż jego rodzice nie należeli do najbiedniejszych. Ojciec był architektem i artystą malarzem, matka zaś też zajmowała się sztuką a dodatkowo alchemią.

W sumie przez pierwsze miesiące życia nic nie wskazywało, aby mały Christian miał być jakoś szczególnie uzdolniony. Pierwsze oznaki jego ponadprzeciętnych umiejętności umysłowych ujawniły się, kiedy miał 6 miesięcy. Wtedy to nauczył się mówić w swoim ojczystym języku! Każdy, kto niedawno miał do czynienia z półrocznym dzieckiem wie jak wygląda konwersacja z takim maluchem. Christian mówił w tym wieku i robił to płynnie. Niedługo potem nauczył się czytać (także po niemiecku) i w ciągu kolejnych sześciu miesięcy przeczytał Torę, lepiej znaną, jako Pięcioksiąg Mojżeszowy, część Biblii, na którą składa się jej pierwszych pięć ksiąg. Jakby tego było mało chłopiec ponoć potrafił cytować na wyrywki ich fragmenty.

Po upływie kolejnych dwunastu miesięcy Christian H. Heineken w wieku dwóch opanował łacinę, a następnie francuski, oby języków ucząc się w zastraszającym tempie. Czwartego języka nauczył się w ciągu trzeciego roku życia. Wtedy też przeczytał Stary i Nowy Testament Pisma Świętego po łacinie i naprawdę sporo z niego zapamiętał, ponieważ jak opisują to źródła z epoki „Mały Geniusz z Lubeki”, jak nazywano go za życia potrafił z pamięci przytoczyć ponad osiemdziesiąt Psalmów i bardzo wiele innych fragmentów Biblii, we wszystkich znanych sobie językach.

Jak na trzyletniego chłopca Heineken sporo czytał. W jego kręgu zainteresowań były dzieła z zakresy medycyny, astronomii i historii. Zapamiętale wczytywał się także w prace filozofów i pedagogów, szczególnie działa Jana Amosa Komeńskiego. Zaprocentowało to ogromną wiedzą teoretyczną Christiana z zakresu nauk przyrodniczych, historii i filozofii, której dowodził wygłaszając wykłady publiczne dla uczniów lubeckich szkół oraz innych słuchaczy.

Chłopiec posiadał genialną pamięć. Niczym gąbka, chłonął wszystkie zasłyszane i przeczytane informacje a rzeczy, które zobaczył na trwale zapisywały się w jego umyśle niczym na twardym dysku. Pozwoliło mu to rozwijać swe zainteresowania we wszystkich kierunkach. Dość późno jak na swój talent nauczył się jednak pisać. W wieku czterech lat, kiedy to mówił i czytał już w czterech językach oraz gromadził niewyobrażalną ilość informacji, zaczynał pisać po niemiecku, ale i to w końcu opanował do biegłości.

Nie posiadał jednak cech typowych dla sawantów czy ludzi z jakąś formą autyzmu. Jego umiejętności społeczne i interpersonalne także znajdowały się na zdrowym poziomie.  Nie izolował się od społeczeństwa, uwielbiał rozmawiać z nieznanymi wcześniej ludzi a według źródeł najbardziej lubił być w centrum uwagi (introwertykiem nie był na pewno). Przez swe zamiłowanie do dysput i książek zaniedbywał jednak sen i regularne posiłki, co w ciągu czwartego roku życia Christiana przyniosło pierwsze niepokojące objawy. Zdiagnozowano u niego chorobę żołądka, której nazwa nie zachowała się do dziś i zalecono mu ścisłą dietę. Z opisu objawów, zachowanego w źródłach wiemy jednak, że najprawdopodobniej była to po prostu celiakia– autoagresyjna choroba wywołana nietolerancją glutenu, wskutek której każda porcja glutenu w pożywieniu warunkuje immunologiczną odpowiedź organizmu, który wyniszcza sam siebie. Problem w tym, iż głównym składnikiem dzieci w Lubece XVIII stulecia były produkty zbożowe, które każdego dnia powoli zabijały małego geniusza.

Do śmierci malca niewątpliwie przyczynili się też jego rodzice, którzy nie dość, że karmili go tym, co mu szkodziło to jeszcze nie podejmowali żadnych działań w kierunku dalszego leczenia.  Do końca życia pozwolili mu „pracować”, czyli przyjmować gości i wygłaszać wykłady, za co oczywiście pobierali stosowne opłaty.  Ostatecznie Christian zmarł 27 czerwca 1725 roku w wieku 4 lat i 5 miesięcy. Według źródeł jego ostatnimi słowami była parafraza słów umierającego Chrystusa. Miał on powiedzieć „Jezu, weź ducha mojego”.

Christian Heinrich Heineken niewątpliwie był najmądrzejszym dzieckiem w historii a jednocześnie postacią bardzo tragiczną. Z jednej strony jego IQ znacznie przekraczało 200, jak dziś powszechnie się sądzi, z drugiej zabiła go choroba, której objawy można tak łatwo złagodzić. Jego śmierć w tak młodym wieku nie pozwoliła mu szerzej wpłynąć na losy Europy i świata, a stałoby się to na pewno gdyby pożył, choć dekadę dłużej.

I choć wszystko to brzmi zbyt pięknie by mogło być prawdziwe, wszystko wskazuje, że pozostaje w absolutnej zgodności z faktami. Sporo źródeł pisanych, w tym dokumenty króla duńskiego Christiana V, na dworze, którego mały geniusz z Lubeki gościł, świadczą, iż istniał on naprawdę i naprawdę umiał to, o czym wspominaliśmy. Aż żal, że takie dzieci jak on nie rodzą się częściej.

I czego może nauczyć ta historia? Mały Heineken był genialny, ale miał głupich rodziców. A dziś też takie dzieci się zdarzają. Choć mają genialną pamięć, rodzice wysyłające na lekcje skrzypiec.  Dobrze grają w piłkę nożną– nie, bo muszą zakuwać matmę, bo tylko z tego da się żyć. Świetnie malują, powinny się uczyć, żeby mieć świadectwo z paskiem. Czasem tacy „rodzice” krzywdzą swoje dziecko. W ten właśnie sposób. Może nie aż tak jak rodzic Geniusza z Lubeki, ale odciskając krwawe piętno na ich psychice.

Warto, zatem poświęcić kilka chwil i rozpoznać czym tak naprawdę interesuje się dziecko i co tak naprawdę będzie dla niego najlepszą „drogą”, a potem właśnie tak je ukierunkować lub pozwolić mu rozwijać się i kształcić w kierunku, który sprawi, że będzie szczęśliwe (i żywe) i pozwoli mu być nadal wartościowym człowiekiem. Bo każde dziecko jest wyjątkowe! Każde jest geniuszem! A tego warto nauczyć się z historii!

Dawid Siuta