Rokosz Zebrzydowskiego

Pospolite ruszenie koronne w czasach panowania Zygmunta III Wazy | Część 1

Okres panowania Zygmunta III Wazy do historiografii przeszedł, jako jeden z najgorętszych okresów dla polskiej polityki zagranicznej. Wojna, która według klasyków jest jej przedłużeniem, warunkowała te czasy. Analizując ten okres należy pamiętać o organizacji armii Rzeczpospolitej Obojga Narodów, które opierały się przecież nie na wojskach regularnych, ale na szlacheckim pospolitym ruszeniu. Dlatego jego rola stała się dla czasów tych aż tak duża. Właśnie losom pospolitego ruszenia koronnego za panowania Zygmunta III Wazy przyjrzymy się bliżej w tym artykule.

Czytaj część drugą

Pospolite ruszenie koronne przez Zygmunta III  nie zostało zwołane ani razu w początkowej fazie jego królowania. Zdawał on sobie sprawę ze wszelkich wad i zalet tej formacji i liczył się z faktem, iż raz zebrane, będzie manifestować raczej swą siłę polityczną, a nie militarną, która i tak nie imponowała. Pierwszym, znaczniejszym ogłoszenia expeditio particularis, za panowania Wazy, były wydarzenia z 1595 roku. Właśnie wtedy hetman wielki – Jan Zamoyski, uzyskując specjalne pełnomocnictwa królewskie, wyprawił się do Mołdawii razem ze Stanisławem Żółkiewskim i Jakubem Potockim, prowadząc ok. 7 tysięcy żołnierzy. Celem tej wyprawy było podporządkowanie naddunajskiego księstwa Rzeczpospolitej i osadzenie na tronie propolskiego kandydata.

Portret Zygmunta III Wazy autorstwa Petera Rubensa
Portret Zygmunta III Wazy autorstwa Petera Rubensa
Fot. Wikimedia Commons

Jednocześnie na Ukrainie wybuchło kolejne powstanie kozackie, tym razem pod wodzą atamanów Semena Nalewajki i Hrehorego Łobody. Początkowo miało ono charakter prywatnej wojny zaporożców z oddziałami Ostrogskich i Wiśniowieckich. Powoli ewoluowało jednak w stronę wojny domowej, której ani Korona, ani Wielkie Księstwo nie mogło lekceważyć. Wydawane wtedy wici na lokalne wyprawy miały przygotować szlachtę na możliwość zbrojnej rozprawy z Kozakami i to u bram Lwowa lub nawet Krakowa, ponieważ to właśnie marsz zbuntowanych Kozaków na stolicę ogłaszał Nalewajko. Były to jednak czcze pogróżki i pospolitacy okazali się niepotrzebni. Kanclerz Zamoyski na froncie mołdawskim szybko zajął Chocim i Jassy, rozbił armię Tatarów pod Cecorą, a w końcowych dniach października 1595 zmusił wroga do odwrotu. Po rozwiązaniu spraw mołdawskich rzucił wojska Żółkiewskiego na Ukrainę, by ten zajął się powstaniem. Siły zaciężne łatwo rozprawiły się z Kozakami. Hetman polny koronny ścigał buntowników kilka miesięcy, aż w końcu udało mu się oblec ich w warownym taborze. Mimo że Kozacy kapitulowali i wydali swych przywódców, zostali bezlitośnie wymordowani, co odcisnęło się na opinii o Żółkiewskim a jednocześnie na stosunkach polsko- ukraińskich na kilkaset kolejnych lat[1]. Natomiast w tłumieniu tego powstania, pospolite ruszenie nie wzięło udziału (po za lokalnymi wyprawami z ziem ruskich), a podwójne wici nie zostały przypieczętowane trzecimi.

Innym ważnym elementem dziejów „armii szlacheckiej” są też postanowienia Zygmunta III w zakresie trybu zwoływania i odbywania ekspedycji, w czasie wyjazdów króla do Szwecji. Konstytucja sejmu warszawskiego 1596 roku zezwalała kilku województwom południowej Korony na odbywanie popisów i uchwalanie expeditio particularis w razie tumultów lub buntów chłopskich[2]. Jednak pospolite ruszenie koronne nie wzięło udziału w żadnej kampanii inflanckiej, w wojnie ze Szwecją. Monarcha kontynuował dobry zwyczaj poprzednika i rezygnował z usług wypraw ziemskich w regularnych działaniach zbrojnych. Inną sprawa, że szlachta Rzeczpospolitej niełaskawym okiem spoglądała na tę wojnę. Dla mieszkańców „Małej” czy „Wielkiej” Polski, konflikt ten był tylko jakimś prowincjonalnym starciem. Małe zainteresowanie wynikało też z lekceważenia przeciwnika i przekonaniu o wyższości własnej armii zaciężnej. Okazało się to głównym powodem niskich podatków, jakie płaciła w pierwszych latach XVII stulecia szlachta koronna[3]. Dla porównania warto wspomnieć o postawie szlachty litewskiej. Ona również nie popierała wojny, lecz z innych nieco powodów. „Języczkiem u wagi” był w tym wypadku handel ryski, któremu tamtejsi panowie bracia poświęcali najwięcej uwagi. Pojawiały się też coraz liczniejsze głosy, że to Zygmunt III jest prowokatorem wojny i to on powinien ją prowadzić. Dopiero ok. 1605 roku część szlachty obu krajów zauważyła potrzebę obrony Inflant i głębszego zaangażowania w północną politykę Rzeczpospolitej[4].

Po wielkim zwycięstwie hetmana polnego litewskiego Jana Chodkiewicza pod Kircholmem i śmierci hetmana wielkiego koronnego Jana Zamoyskiego, przyszło szlachcie radzić, co dalej z Rzeczpospolitą, wojną inflancką i podatkami. Miał temu posłużyć sejm walny w roku 1607. Już pod koniec 1605 roku król wydał odpowiednie legacje na sejmiki ziemskie, w których zaznaczał kluczowe znaczenie stałych dochodów skarbu centralnego, celem utworzenia stałej armii regularnej. Nawoływał też do rozważenia założeń polskiej polityki wschodniej. Postulaty królewskie może i były słuszne, jednak pobudkom, z jakich zostały wydane sporo brakowało do szczytności. Szlachta koronna zauważyła w nich niebezpieczny trend, mogący zaprowadzić Zygmunta III do absolutum dominium, na co przejawiała ogromną alergię. Najgłośniej odezwała się szlachta krakowska[5].

Mikołaj Zebrzydowski- samozwańczy lider opozycji antykrólewskiej, jeden z dowódców rokoszu i wodzów pospolitego ruszenia buntowników.
Fot. Wikimedia Commons

16 lutego 1606 roku na sejmiku w Proszowicach zabrał głos Mikołaj Zebrzydowski, wojewoda krakowskim, który stał na czele opozycji wobec polityki Wazy. Oskarżył on króla o nie wypełnianie obowiązków, a jego doradców o szkodzenie Rzeczpospolitej. Sprzeciwił się też innym postulatom monarchy. Sam za to proponował walne zebranie szlachty niczym na expeditio generalis – w okolicach Warszawy, w celu doprowadzenia obrad do końca. Jego projekt w swych założeniach nawiązywał do czterech poprzednich sejmów, z których dwa zakończyły się fiaskiem (1600 i 1605), a dwa pozostałe nie uchwaliły nic poza podatkami (1601 i 1603).  O ile było to słuszne postanowienie, trąciło już buntem przeciwko legalnej władzy. Zgodnie z zamiarami wojewody sejmik proszowicki nie zaakceptował propozycji dworskich i odprawił posłów bez nakazania im by pomyślnie zakończyli obrady, co należało do głównych zaleceń legacji Zygmunta III. W zamian wydano uchwałę o zwołaniu ogółu szlachty koronnej pod Stężyce, by swoją obecnością szachować posłów i senatorów. W żadnym miejscu tej uchwały nie padło słowo nawiązania do pospolitego ruszenia, jednak z całą stanowczością można powiedzieć, że duch tego dokumentu właśnie do tego zmierzał. W podobnym duchu wypowiedział się też sejmik generalny małopolski w Nowym Mieście Korczynie, gdzie nota bene także brylował Zebrzydowski. Dodatkowo sejmik ten wykazał się nade wielką nieodpowiedzialnością i niedojrzałością polityczną. Za śmieszne, a nawet straszne uznał postulaty dotyczące obrony granic[6].

Kontrakcja obozu dworskiego nadeszła niemal od razu. Król starał się zapobiec zjazdowi w Stężycy, który już powoli stawał się rokoszem. W ugodzie z opozycją miał pomóc kaznodzieja dworski Piotr Skarga. Jako zręczny mediator dał się poznać już wcześniej i dlatego został wyznaczony i do tej misji. Jezuita spotkał się z wojewodom krakowskim w Lanckoronie na początku marca 1606 roku. Zdania obu stron były podobne, obaj mówili o odpowiedzialności i dojrzałości. Niestety każdy z nich inaczej rozumiał swe słowa. Skarga chciał zgody i pojednania stronnictw, podczas gdy Zebrzydowskiemu zależało na uległości monarchy oraz dostosowania polityki wewnętrznej i zewnętrznej do oczekiwań opozycji. Ze spotkania lanckorońskiego nie wynikło nic, a spór obozów miał się rozstrzygnąć na zbliżającym się sejmie.

Ten rozpoczął się w dniu 7 marca 1606 roku. Król zrezygnował z niektórych swych projektów, bo miał świadomość konieczności doprowadzenia tych obrad do końca. Koniecznie trzeba było przecież uchwalić nowe podatki, aby mieć, czym opłacić żołd wojskom operującym nad Bałtykiem. Nie mógł zaogniać już i tak napiętej atmosfery, by nie doprowadzić do katastrofy. Opozycja zaś zręcznie wykorzystała ten manewr Zygmunta i upomniała się o kwestie jeszcze niepodnoszone, jak sprawy egzekucji konfederacji warszawskiej czy regulacji majątków kościelnych. Za ewentualne niepowodzenie od razu obwiniła stronnictwo dworskie, co miałoby legitymizować decyzje o zwołaniu zjazdu stężyckiego[7]. Zważywszy na powyższe fakty można śmiało orzec, że opozycja szukała tematów zastępczych i robiła wszystko by utrudnić życie dworu. Otwarcie dążyła też do konfrontacji z Zygmuntem III, choć najprawdopodobniej mało kto zdawał sobie sprawę, jakie konsekwencje może mieć rokosz.

Sam zjazd nie zgromadził tłumów. Niewielu panów braci odpowiedziało na wezwanie sejmiku Korczyńskiego, i pod Stężycę przybyło tylko 8 spośród 148 senatorów Rzeczpospolitej. Byli to tylko Koroniarze, ponieważ żaden Litwin nie pofatygował się w lubelskie. Na obradach nie znalazł się również żaden duchowny. Ale znaczniejsi senatorowie świeccy przybyli. Marszałkiem zjazdu wybrano chorążego lwowskiego Jana Szczęsnego Herburta. Nie powiodła się jeszcze jedna próba porozumienia i atmosfera stała się mocno napięta. W cztery dni po rozejściu się sejmu warszawskiego jeszcze raz wezwali szlachtę koronną po Stężycę. Doprowadził to do wyraźnej polaryzacji środowiska sarmackiego i powstania wrogich sobie obozów opozycjonistów, późniejszych rokoszan i regalistów. A wszystko kręciło się wokół osoby władcy i jego polityki. Jedni chcieli się go pozbyć, drudzy zaryzykowaliby życiem by go bronić.

W całym tym zamieszaniu rozpadowi uległo stronnictwo dawnych zamoyszczyków. Nie wszyscy przyłączyli się do buntu Zebrzydowskiego i niektórzy, jak na przykład Stanisław Żółkiewski, poparli króla. Wsparł ich też Janusz Ostrogski. Właśnie on wespół hetmanem polnym, podjęli się ostatniej próby negocjacji. Niestety okazały się one wysiłkiem daremnym. Wojewoda krakowski, w imieniu rokoszan, zwołał kolejny zjazd szlachecki, tym razem do Koprzywnicy. Znalazło się na nim więcej panów braci, ale głównie z powodu ciekawości. Rokoszanie obiecywali ujawnić tajne plany króla, co okazało się zagrywką ściśle marketingową. Jednak program polityczny zjazdu był bardzo realny. Domagano się oddalenia od dworu jezuitów, nuncjusza papieskiego i wszystkich innych cudzoziemców oraz skasowania unii brzeskiej. Do innych założeń należało między innymi utworzenie stałego skarbu oraz powołanie trybunału do rozpatrywania spraw przeciw duchowieństwo. W końcu padł nawet postulat detronizacji Zygmunta III i osadzenia na tronie Gabriela Batorego.

Rokoszanie, zebrani pod laską marszałkowską podczaszego litewskiego Janusza Radziwiłła, chcieli naprawy stanu Rzeczypospolitej. Niestety dążyli do tego w niewłaściwy sposób. Wielokrotne zjazdy szlacheckich krzykaczy nie poprawiły sytuacji wewnętrznej, a już na pewno nie wzmocniły władzy parlamentu i monarchy Warto też zauważyć, że nie był to program szlachecki na miarę ruchu egzekucyjnego. Zebrzydowski ze swoimi stronnikami usiłowali wciągnąć do swego buntu ogół szlachetnie urodzonych, lecz tutaj ich metody także zawiodły[8].

12 sierpnia 1606 roku regaliści postanowili kontratakować. Ich zjazd odbył się w Wiślicy, a marszałkiem wybrali podczaszego koronnego Adama Sieniawskiego. Tutaj inaczej niż w sandomierskim rozumiano dobro Rzeczpospolitej. Postulowane reformy nie były tak głębokie i odbiegały od tego, czego żądali zebrzydowszczycy. Co ciekawe, w Wiślicy padło żądanie potwierdzenia inkorporacji Estonii. Nie zgadzano się jednak na obrzucania kalumniami Zygmunta III i odmawiano rokoszanom prawa do występowania w imieniu Litwy i Korony. Regaliści pierwsi wysunęli argument siły i zagrozili rokoszanom zbrojną rozprawą. Potwierdziła się więc stara jak świat zasada, mówiąca, że gdy gasną argumenty merytoryczne konieczne jest użycie siły.

Rokoszanie nie mogli dłużej czekać. 20 września wydali uniwersały, które wezwały szlachtę na pospolite ruszenie. Okoliczne województwa zobowiązywali do natychmiastowego przybycia, natomiast innym dawali trzy tygodnie na przybycie do obozu pod Sandomierzem[9]. Powstaje pytanie: Czy rokoszanie mieli prawo do wydanie wici? Z punktu widzenia tradycji i starych praw Rzeczpospolitej tylko Mikołaj Zebrzydowski, jako wojewoda miał prawo zwołać expeditio particularis swego województwa. Na tym kończyły się ich uprawnienia. Warto jednak zaznaczyć, że rokoszanie stawiali pod broń szlachtę całej Korony i Litwy, a do tego już żaden z nich prawa nie miał. Król nie mógł, więc dłużej czekać!

Hetman wielki koronny Stanisław Żółkiewski- magnat, który mimo swoich przekonań, pozostał wierny królowi
Fot. Wikimedia Commons

W trzy dni po opublikowaniu uniwersałów rokoszan, Zygmunt III zapowiedział wyruszenie przeciw buntownikom. Celem kampanii miało być uspokojenie Rzeczpospolitej rozpalonej konfliktem wewnętrznym. Zygmunt III miał do dyspozycji około 7 tysięcy jazdy i 3 tysięcy piechoty. Prócz regularnych sił zaciężnych, po stronie króla stanęły też poczty magnackie (ok. 2 tys. żołnierzy) i szlachta województw ruskich[10]. 25 września armia ta ruszyła przeciwko pospolitakom Zebrzydowskiego i Radziwiłła. Na jej czele król chciał postawić hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego, jako najwyższego stopniem, ale też i najbardziej doświadczonego żołnierza w Koronie. Ten jednak zachorował i choć nie wiemy nie symulował, na pewno niemoc wynikała z przeszłości politycznej hetmana, a także niechęci do przelewu krwi bratniej. Prawdopodobny podstęp się udał i obowiązki wodza naczelnego przejął wojewoda Janusz Zbaraski.

Rokoszanie dysponowali znacznie słabszą siłą uderzeniową. Przeciwko 12-14 tysięcznej armii Zbaraskiego mogli wystawić, co najwyżej 2 tysiące pospolitaków spod Sandomierza. Choć już w trakcie ofensywy królewskiej wznawiali ponaglenia dla szlachty, nie udało im się znacząco wzmocnić swych sił. Wydanie bitwy w takich okolicznościach byłoby szaleństwem. Radziwiłł zarządził odwrót na północ, ale i tak został doścignięty pod Janowcem nad Wisłą. Mimo że ustawił swoje siły w szyku bojowym, szybko podjął rokowania z królem. Tylko rozmowy mogły przynieść jakiekolwiek słuszne rozwiązanie!

W ich efekcie rokoszanie przeprosili króla, choć zrobili to nad wyraz hardo i ironicznie. 5 października Zebrzydowski nakazał rozpuszczenie pospolitego ruszenia, a w dwa dni później zobowiązał się uniwersałem do nie zwoływania kolejnych zjazdów szlacheckich, ale oczekiwania na kolejny sejm. Upomniał się jednak, że oczekuje dyskusji nad swoimi postulatami. 8 października Zygmunt III także uniwersałem, ogłosił spokój w Rzeczpospolitej i zapowiedział bliskie zwołanie sejmu w Warszawie[11]. Mimo że większość historyków stwierdza, że pod Janowcem doszło do: „ukorzenia się rokoszan”, warto zaznaczyć, że nie jest to najwłaściwsze określenie. Przecież rozmowy nastąpiły tylko w rezultacie strachu przed klęską i pogromem, okazywanego przez buntowników. Ich przeprosiny były ogromnie nieszczere, a udawana pokora przebijała gniewem i nienawiścią. Wątpliwości budzi też roszczeniowa postawa wojewody krakowskiego, który mimo porażki nadal domagał się realizacji założeń swego planu. Należało, więc spodziewać się, że spokój, o którym wspominał monarcha, nie potrwa długo.

Rzeczywiście pierwsza warunki ugody złamała szlachta wielkopolska, która już w lutym 1607 roku zebrała się na nielegalnym zjeździe w Kole. Twarde warunki przez nich postawione, odrzucił arcybiskup gnieźnieński Bernard Maciejowski. Nie przybył też na ich zjazd, czym rozsierdził rokoszujących Wielkopolan. Na odpowiedź nie kazali długo czekać. W atmosferze buntu i z poduszczenia Zebrzydowskiego, zwołali zjazd generalny rokoszowy do Jędrzejowa, na dzień 28 marca 1607 roku. Padła też decyzja o nadzwyczajnych poborach, przeznaczonych na zaciąg chorągwi husarskich. Było to już otwarte złamanie ugody z Janowca, ponieważ wcześniej, a na pewno wiedzieli o tym posłowie obradujący w Kole, król uniwersałami wyznaczył sejm walny. Wszelkie okoliczności wskazywały, że izbę tę zdominuję regaliści, gdyż rokoszanie zamiast sejmikowaniem zajęli się podróżą pod Jędrzejów. Tylko nieliczna reprezentacja niezadowolonej szlachty dotarła na obrady parlamentarne[12].

Zygmunt III otwarcie potępił zjazd w Kole, jednak widząc, że nie przynosi to wielkiego efektu, zadecydował o wysłaniu pod Jędrzejów swoich przedstawicieli. Ci zostali potraktowani szorstko przez marszałka rokoszu, Janusza Radziwiłła, zbyci odpowiedzią o konieczności oczekiwania na postanowienia sejmowe. Choć misja posłów królewskich mogła dać nadzieję na pokojowe rozwiązanie, jeszcze przed wyznaczonym terminem rozpoczęcia obrad w Warszawie, Radziwiłł rozpoczął zbieranie wojska. W uniwersale z dnia 26 kwietnia opublikował wezwanie dla pospolitego ruszenia i nakaz doprowadzenia zaciężnych pod Jędrzejów, dla rotmistrzów. Kiedy na przełomie kwietnia i maja ruszył obóz pod Sieciechów, dysponował już znacznie większymi siłami. Mimo to ciągle jeszcze nie osiągnął zdolności do zbrojnej konfrontacji i dlatego podjął próby negocjacji z posłami, choć były to raczej agresywne żądania niż próby szukania konsensusu[13].

Sejm w Warszawie rozpoczął się zgodnie z planem, choć ataki na niego i króla, który go zwołał zaczęły się już pierwszego dnia. Bardzo mocno dyskutowano nad porównaniem uchwał zjazdów w Wiślicy i Sandomierzu. Pojawił się także projekt zawiązania konfederacji i obrony królewskiego majestatu przed buntownikami. Twarde stanowisko posłów i senatorów potwierdził list do Zebrzydowskiego, który wystosowano 18 maja 1607 roku. Wezwali w nim wojewodę krakowskiego do stawienia się w Warszawie i zaprezentowania swego stanowiska. Równocześnie monarcha wydał Asekurację dla odkrycia praktyk, w której wezwał wszystkich obywateli Rzeczypospolitej wiedzących coś o zagrożeniach państwa, by stawili się przed sejmem[14]. Pogroził jednak pod koniec tego dokumentu, stawiając ultimatum. Kto nie dotrze na obrady do „Srzody po S. Troycy”[15]– która w roku 1607 wypadała w dniu 13 czerwca, a nadal angażowałby się w działania budzące niepokoje społeczne, miał być uznany za nieprzyjaciela ojczyzny[16]. Rokoszanie nadal negowali legalność sejmu warszawskiego, wskutek czego nikt z nich nie stawił się na wezwanie Asekuracji.

Kontynuacją antysejmowej polityki rokoszan było wezwanie do posłów koronnych i litewskich by opuścili Warszawę i przyłączyli się do zjazdu. Swoją stanowczą pozycję potwierdzili też podprowadzając swe wojska bliżej miasta. Choć atmosfera gęstniała z godziny na godzinę arcybiskup Maciejowski zachował „głowę na karku” i podjął się próby mediacji. Wspólne stanowisko mieli wypracować deputowani obu zgromadzeń, spotykające się na „ziemi niczyjej” w Piasecznie. Żadnego kompromisu jednak nie wypracowano, a w dodatku podczaszy litewski wydał kolejny uniwersał zwołujący szlachtę do obozu rokoszowego. Kontrakcja sejmu musiała być równie ostra. Senatorowie i posłowie zaakceptowali wszystkie postulaty z Wiślicy i tylko niektóre z Sandomierza. Nie dotknięto nawet kluczowych spraw, takich jak tolerancja religijna, skarbowość czy kwestia regulacji nuncjatury[17]. Konkluzja nie zadowoliła nikogo. Nawet sejmowa komisja do rozmów z Zebrzydowskim i Radziwiłłem niczego nie zmieniła. Zygmunt III wydały tylko kolejny uniwersał nawołujący do spokoju!

Niestety sytuacja wewnętrzna Rzeczpospolitej nadal przypominała beczkę pełną prochu, która w każdej chwili mogła eksplodować, skutkując zniszczeniami, o jakich nikt z aktorów tychże scen nawet nie chciał śnić. Na szczęście na horyzoncie nie widziano, żadnej iskry, która mogła eksplozję spowodować. Ale w najbardziej krytycznym momencie, niewątpliwie z powodu, nomen omen, temperatury politycznej, doszło do samozapłonu!

Czytaj część drugą

Dawid Siuta

Bibliografia:

Źródła:

Akta sejmikowe województwa krakowskiego, t. I: 1572-1620, wyd. S. Kutrzeba, Kraków 1932.
Pamiętniki do panowania Zygmunta III, Władysława IV i Jana Kazimierza, wyd. K. W.
Rejestr pospolitego ruszenia powiatu sandomierskiego z 1621 r., wyd. J. Pielas, „Studia i Materiały do Historii Wojskowości” t. XLI 2004.
Volumina legum. Tom II, wyd. J. Ohryzko, Petersburg 1859.
Wójcicki, Warszawa 1846.

Opracowania:

Augustyniak U., Historia Polski 1572-1795, Warszawa 2008.
Bardach J., Leśnodorski B., Historia ustroju i prawa polskiego, Warszawa 2005.
Besala J., Stanisław Żółkiewski, Warszawa 1988.
Davies N., Boże igrzysko, Kraków 2008.
Grzybowski S., Jan Zamoyski, Warszawa 1994.
Markiewicz M., Historia Polski 1492-1795, Kraków 2009.
Ochmann S., Sejmy z lat 1615-1616, Warszawa 1977.
Opaliński E., Sejmy srebrnego wieku 1587-1652, Warszawa 2001.
Podhorodecki J., Rapier i koncerz. Z dziejów wojen polsko- szwedzkich,, Warszawa 1985.
Wisner H., Zygmunt III Waza, Warszawa 2006.
Wisner H., Rokosz Zebrzydowskiego, Kraków 1989.

Przypisy:

[1] S. Grzybowski, Jan Zamoyski, Warszawa 1994, s. 268; J. Besala, Stanisław Żółkiewski, Warszawa 1988, s. 109-112, 115-118.
Zob. VL, t. II, s. 355-356.

2 Tamże, s. 366.

3 Tamże, s. 390, 398-399, 404-412, 416, 424.

4 L. Podhorodecki, Rapier i koncerz. Z dziejów wojen polsko- szwedzkich,, Warszawa 1985, s. 84.

5 H. Wisner, Zygmunt III Waza, s. 91-92.

[6] H. Wisner, Rokosz Zebrzydowskiego, Kraków 1989, s. 3; Tenże, Zygmunt III Waza, s. 95.

[7] Tamże, s. 98.

[8] H. Wisner, Rokosz Zebrzydowskiego, s. 15-16.

[9] Tenże, Zygmunt III Waza, s. 102.

[10] Niektórzy historyce, jak na przykład Henryk Wisner, twierdzą, że liczba wojsk zaciężnych została wyolbrzymiona. Inni natomiast podają je bezdyskusyjnie.

Por. H. Wisner, Zygmunt III Waza, s. 103; U. Augustyniak, dz. cyt., s. 613; J. Besala, Stanisław Żółkiewski, s. 171.

[11] H. Wisner, Zygmunt III Waza, s. 103.

[12] Tamże, s. 104.

[13] Tenże, Rokosz Zebrzydowskiego, s. 53, 55-57.

[14] VL, t. II, s. 432.

[15] Pisownia oryginalna. Chodzi oczywiście o środę po dniu świętej Trójcy.

[16] Tamże, s. 433.

[17] Tamże, s. 442-448.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*