Wojny i wojskowość w czasach Stefana Batorego cz. 1

Stefan Batory zasiadł na tronie Rzeczpospolitej w 1575 roku i od razu dał się poznać jako król-wojownik. Zmusiła go do tego sytuacja, ponieważ po elekcji nie wszyscy uznali jego władzę, i tak na przykład uznania go za władcę Rzeczpospolitej odmawiał Gdańsk, czyli jedno z najpotężniejszych miast Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Ponadto za czasów Batorego agresywną i ekspansywną polityką zagrażał Rzplitej car Iwan Groźny, z którym przyszło się zmierzyć Batoremu. W pierwszej części artykułu postaram się omówić wojnę Batorego z Gdańskiem oraz dokonać analizy wojskowości polsko-litewskiej w XVI wieku oraz pokazanie reform, których dokonał Stefan Batory.

Wojskowość polsko-litewska przed reformami Batorego

Aby czytelnik w pełni zrozumiał doniosłość wojny z Gdańskiem oraz późniejszych wojen, które prowadził, należy napisać parę zdań o stanie polskiej i litewskiej wojskowości w czasach ostatnich Jagiellonów.

Polska i Litwa kroczyła w zasadzie tą samą ścieżką, co reszta Europy. Armia tutaj dzieliła się na zaciężną, czyli utrzymywaną z żołdu i specjalnie przeznaczonego nań dochodu oraz pospolite ruszenie, które swoje korzenie ma w średniowiecznej, rycerskiej służbie królowi. W porównaniu jednak do zachodu, armia zaciężna w Polsce i na Litwie nie była zbyt duża i pospolite ruszenie nadal królowało na polu walki. Wojsko zaciężnie dzieliło się wówczas na 6 części:

  1. Państwowe, na które podatki uchwalano na sejmie
  2. Nadworne, na które z prywatnej kiesy łożył król
  3. Królewskie, utrzymywane ze skarbu królewskiego
  4. Samorządowe, które dzieliło się na powiatowe, ziemskie oraz wojewódzkie, zaciągane przez sejmiki, oraz wojska zaciągane przez miasta
  5. Poczty prywatne, które wystawiali najbogatsi magnaci
  6. Najemne, ten rodzaj w wojsk nie był zbyt popularny, dowódca najemników zwany kondotierem podpisywał z królem umowę na mocy, której zobowiązywał się wystawić określoną liczbę ludzi, służących za określony żołd i w określonym czasie

Zaciąg wojska zaciężnego odbywał się systemem towarzyskim. Król wystawiał rotmistrzowi tzw. listy przypowiednie, następnie ten na służbę przyjmował swoich towarzyszy, a oni przyprowadzali ze sobą poczty. W listach przypowiednich król określał ilu żołnierzy ma służyć w danej rocie, określał żołd, okres służby czy wyposażenie oraz uzbrojenie żołnierzy danej roty. Do armii werbowano ochotników. Czy na polskich ziemiach istniały zaciężne wojska stałe? Jak najbardziej, pierwszym wojskiem tego typu była nadworna gwardia królewska, natomiast drugim była powołana od schyłku XV wieku obrona potoczna. Wojsko to zostało powołane do życia w związku z coraz śmielszymi rajdami tatarskimi na ziemie ruskie i podolskie, tak więc jego domyślnym zadaniem była ochrona tamtych terenów. Obrona potoczna nie miała jednak stałej liczby żołnierzy, np. w 1501 roku Jan Olbracht podniósł jej liczebność do 2150 koni, w czasach panowania jego brata Aleksandra Jagiellończyka wynosiła już tylko 1000 koni, natomiast w 1538 aż 6700 koni. Dla kontrastu warto dodać, że wojska pospolitego ruszenia potrafiły dochodzić do liczby 56 000 ludzi. Na Litwie odpowiednikiem obrony potocznej była tzw. zastawa wołyńska, której liczebność wahała się od 1000 do 2000 koni. Jak widać nie były to liczby powalające. W 1563 roku Zygmunt August powołał do życia tzw. „wojsko kwarciane”, które zastąpiło obronę potoczną. Nazwane zostało tak, ponieważ miał być utrzymywane z kwarty, czyli czwartej części dochodu monarchy z królewszczyzn.

Jeździec chorągwi rackiej z począków XVI wieku.
Fot. Wikimedia Commons

W wojsku polsko-litewskim zdecydowanie dominowała konnica. Jeszcze w czasach średniowiecza dominowały dwa rodzaje jazdy, byli to ciężkozbrojni kopijnicy oraz strzelcy uzbrojeni w kusze. O tym czy dana chorągiew była kopijnicza czy strzelcza decydował stosunek ilościowy jednych do drugich. Od czasów Jana Olbrachta zaczęła upowszechniać się się jazda lekka służąca „po tatarsku”, czyli z szablami, bez żadnego uzbrojenia ochronnego. Pierwszą taką chorągwią miała być chorągiew podskarbiego nadwornego Andrzeja Kościeleckiego. Kolejnym rodzajem wojsk konnych, który upowszechnił się na ziemiach polskich na początku XVI wieku byli tzw. racowie. Byli oni, tak samo jak kopijnicy, uzbrojeni w długie kopie, jednak w przeciwieństwie do nich nie używali ciężkich zbroi i bardziej przydawali się w walce z ruchliwymi Tatarami czy Turkami. Racowie prócz kopii używali szabli oraz tarcz. Ich korzeni należy doszukiwać się na Bałkanach i Węgrzech. Racowie służyli w dwóch wariantach – lekko zbrojnym, czyli serbskim i średnio zbrojnym, czyli węgierskim. Z raców węgierskich wyewoluowała słynna husaria, której pierwsze chorągwie powołano w 1503 roku, a w latach 50-tych już niepodzielnie królowała w obronie potocznej. Formacja, która zasługuje na jeszcze na chwilę uwagi są tzw. kozacy. Określenie genezy tej formacji do dziś stanowi nie lada problem dla historyków wojskowości. Jazdy kozackiej nie należy jednak utożsamiać z Kozakami mieszkającymi na Zaporożu. Powszechnie uważa się, że jazda kozacka ewoluowała jazdy strzelczej. Pierwsi kozacy w obronie potocznej pojawili się w 1511 roku. To co wyróżniało ich na tle innych jednostek, to fakt, że kozacy używali łuków, szabel i rohatyn jednocześnie. Jako pancerza używali kolczug i przyłbic. Za symboliczny początek regularnej jazdy kozackiej uznaje się rok 1549. U progu lat 60-tych XVI wieku, zakończono tzw. reformę kozacką, a żołnierze tej formacji zaadaptowali też broń palną.

Jeśli chodzi o piechotę, to, nie odgrywała ona większej roli i była formacją pomocniczą dla jazdy. Marek Plewczyński szacuje iż na w pierwszej połowie XVI wieku najliczniejszą jednostką pieszą byli kusznicy, którzy stanowili 60% całego stanu piechoty, 23% stanowili natomiast strzelcy uzbrojeni w rusznice. Jako ochrony pieszych jednostek strzelczych używano pawężników, uzbrojonych w wielkie tarcze oraz kopijników służących pieszo. Jako broni siecznej piechurzy używali mieczy i szabel, a prócz hełmów nie mieli żadnego uzbrojenia ochronnego. Z czasem kusze zaczęły zanikać, a ich miejsce zajmowała broń palna.

Polska i Litwa posiadały całkiem niezłą artylerię. Do największych dział tzw. burzących należały wówczas bombardy, kartuny czy hufnice. Po raz pierwszy większych dział burzących użyto na większą skalę w wojnie z Krzyżakami w latach 1519-1521. W artylerii służyli również inżynierowie wojskowi. Największe arsenały zaś znajdowały się w Krakowie, Lwowie czy Gdańsku.

Tak z grubsza wyglądało wojsko polsko-litewskie jakie zastał Stefan Batory u progu swego panowania w Rzeczpospolitej.

Wojna z Gdańskiem

Dlaczego Gdańsk i Prusy Królewskie spędzały Batoremu sen z powiek i potraktował ten problem bardzo poważnie? Należy tutaj parę zdań poświęcić specyficznej pozycji jaką Gdańsk i cała prowincja pruska zajmowała w skomplikowanym organizmie państwowym jakim bez wątpienia była Rzeczpospolita Obojga Narodów. Status Gdańska regulowały wówczas tzw. statuty Karnkowskiego, czyli artykuły opracowane przez znanego nam biskupa kujawskiego, regulujące prawa i obowiązki Gdańska wobec Rzeczpospolitej. Wymieńmy tylko parę z 68 artykułów opracowanych przez Karnkowskiego w 1570 roku

  • Król miał prawo otwierania i zamykania żeglugi
  • Bez zgody monarchy miasto nie mogło werbować żołnierzy, ani prowadzić wojny
  • Burmistrz, rajcy miejscy oraz komendant tzw. Latarni, czyli twierdzy broniącej dostępu do portu byli zobowiązani do przysięgi składanej monarsze
  • Wykonywanie postanowień zawartych w artykułach mieli sprawdzać specjalnie powołani komisarze królewscy

Jak więc widać Gdańsk dość znacząco utracił swoją suwerenność na rzecz króla Polski i wielkiego księcia Litwy. Ponadto Gdańsk był jednym z największych portów i ośrodków handlowych w Europie, przez to magistrat jak i mieszczanie byli ludźmi zamożnymi. Ponadto w mieście, szczególnie wśród niższych warstw dominował luteranizm.

Pozostałości fortyfikacji Gdańska.
Fot. Wikimedia Commons

27 sierpnia 1576 roku Batory odebrał hołd od Torunia, Grudziądza, Malborka i Elbląga, skąd kierować miał poczynaniami wobec Gdańska. Magistrat gdański demonstracyjnie wręcz okazywał nieposłuszeństwo Batoremu i 2 miesiące wcześniej, 3 czerwca jak gdyby nigdy nic podejmował posłów Iwana IV Groźnego jadących z misją do cesarza. Monarcha zwołał na 4 października do Torunia sejm. Póki co Batory nauczony doświadczeniem poprzedniego zjednywania przeciwników, postanowił działać wobec Gdańska bardziej prośbą niż groźbą. W tym celu do miasta przybyli wysłannicy królewscy, którzy kazali rajcom oddać hołd Batoremu i załatwić sprawę bez zbędnej eskalacji przemocy. Oczywiście magistrat odmówił i jednocześnie zaczął przygotowywać się do zbrojnej rozprawy. 20 września gdańszczanie zostali ogłoszeni buntownikami, kiedy wieść o decyzji królewskiej dotarła do miasta, podburzony tłum pospólstwa rzucił się na katolickie kościoły, Pomimo kłopotów, Batory miał też pewne powody do zadowolenia, bowiem do Prus przybył z zamiarem pojednania Mikołaj Mielecki.

Sejm toruński, który odbyć się miał 4 października, w rzeczywistości odbył się prawie 2 tygodnie później. I tutaj właśnie Stefan Batory miał przekonać się o tym jak ciężko jest rządzić tak skomplikowanym organizmem jak Rzeczpospolita, jak trudno dogodzić masom szlacheckim, które jednocześnie dbały o interes państwa, ale miały też na względzie różne partykularne interesy i na każdym kroku przypominały monarsze o swych prawach i przywilejach. Cała batalia sejmowa rozegrała się oczywiście o pieniądze. Król wiedział jak nieprzydatne w oblężeniu tak wielkiej twierdzy jaką był Gdańsk, będzie szlacheckie pospolite ruszenie, toteż naciskał na panów braci, aby uchwalili podatki na zaciąg zawodowych żołnierzy. Inną koncepcję wysuwała szlachta, która obstawała właśnie przy pospolitym ruszeniu i nie za bardzo garnęła się do rozwiązania mieszków, by sypnąć złotem na wojsko. Jan Dymitr Solikowski, baczny obserwator toruńskich zmagań zanotował wówczas, że „Widząc nowy obyczaj wprowadzania uciążliwej piechoty węgierskiej, tak z dnia na dzień obrady sejmowe zwłóczyli”[1]. Obawy szlachty były jednak nieuzasadnione, bowiem Batory mimo przyprowadzenia ze sobą wojsk z Siedmiogrodu, ani myślał o przeprowadzaniu żadnego zamachu na szlacheckie wolności. W końcu szlachta dopiekła do żywego Batoremu domagając się wyjaśnienia co się stało z tzw. skarbami tykocińskimi po Zygmuncie Auguście. Rozgniewany monarcha miał wówczas rzec słynne słowa: „Jestem królem waszym, nie wymyślonym ani malowanym”.  Tak też sejm toruński rozszedł się bez kompromisu. Nie pomogły też namowy Zamoyskiego, by zakończyć konflikt pokojowo.

Stefan Batory w stroju koronacyjnym.
Fot. Wikimedia Commons

Gdańszczanie nie zasypiali gruszek w popiele i skorzystali z usług kolońskiego kondotiera Jana Winkelbrucha (w literaturze przedmiotu spotyka się imię Jan, natomiast Radosław Sikora twierdzi, że miał on na imię Hans). Batory nie miał dużych sił, by myśleć o podporządkowaniu zbuntowanego miasta, W Tczewie stacjonowały siły Jana Zborowskiego szacowane na 3 000 żołnierzy. Niezłomny król zdołał pozyskać od duchownych 70 000 zł na wojnę. Tymczasem Winkelbruch na czele gdańszczan postanowił uderzyć na Tczew i wypchnąć stamtąd wojska Zborowskiego. Ulewy opóźniły jednak wymarsz wojsk  gdańskich. Obie armie spotkały się nad Jeziorem Lubiszewskim.

Radosław Sikora szacuje, że po odliczeniu tzw. ślepych porcji wojska Zborowskiego wyszły z Tczewa w liczbie ok. 1952 żołnierzy. Hetman nadworny nie posiadał jednak licznej artylerii. Do obrony Tczewa wysłał tylko 4 liche działka, a sam zostawił przy sobie 2 działa i 27 hakownic. Armia Gdańska składała się z 3 części: milicji miejskiej szacowanej na ok. 8000-1000 ludzi, zawodowego wojska najemnego w sile 3100 piechoty i 400 jazdy, natomiast trzecią część stanowiła piechota w sile 210 muszkieterów i drugie tyle pikinierów, którzy płynęli Wisłą, Armia Winklerbrucha liczyła więc ok. 12 000 – 14 000 ludzi plus 30 dział. Dysproporcja była więc ogromna, należy jednak dodać, że tylko ¾ armii gdańskiej stanowili zawodowi żołnierze.

Bitwa pod Lubiszewem zaczęła się 17 kwietnia 1577 roku. Winkelburch postanowił podzielić swoje wojska.  Żołnierze Zborowskiego szykowali się do walki z mieszczanami, od tyłu z regularnym wojskiem, a do tego jeszcze od strony Wisły z oddziałami płynącymi rzeką. Bitwa zaczęła się około godz 12:00. Kronikarz Bartosz Paprocki zanotował wówczas: „Wszkaoż Niemcy używali fortelu swego, nie chcąc naszym dać ostatecznego spotkania, tylko ich na strzelbę nawodzić chcieli, owa ich husarze dosięgnąć nie mogli”[2]. Widząc nieskuteczne ataki husarii, Zborowski nakazł wsiąść na konie piechurom i zmieszać ich z husarią. Fortel, o którym wspominał Paprocki był po prostu drewnianym płotem, z powbijanymi i zaostrzonymi palami, które miały skutecznie zatrzymywać ataki husarzy. Sikora twierdzi jednak, że potyczki z pospolitym ruszeniem gdańskim były tylko harcami, a główne siły Zborowski trzymał nadal w pogotowiu. Tymczasem Winkelbruch wraz z regularnymi oddziałami miał dokonać owego manewru oskrzydelnia armii Zborowskiego. Czujny hetman wysłał przeciw nim jazdę, jednak roty Winkelbrucha zaczęły przeprawiać się przez Mołtawę. Związanie walką rajtarii gdańskiej miało dać czas Zborowskiemu na przegrupowanie swoich sił. Hetman nakazał przerwać jeździe harce z pospolitym ruszeniem. Jazda zrzuciła więc most, uniemożliwiając tym samym gdańszczanom przejście przez rzekę. Cała armia hetmana mogła teraz stawić czoło siłom prowadzonym przez Winkelbrucha. Kiedy hajducy na lewym skrzydle prowadzili walkę ogniową, w tym samym czasie zaszarżowała husaria, która dosłownie zmiotła landsknechtów i rajtarię z powierzchni ziemi. Rozbita rajtaria wpadła na stojących za nimi pikinierów i całkowicie pomieszała ich szyki. Widząc to oddziały walczące z hajdukami na lewym skrzydle również zaczęły uciekać, uciekali też mieszczanie. Bitwa zamieniła się w pogoń i rzeź gdańszczan. Straty wojska Zborowskiego były małe, szacowane na 60 zabitych i 127 rannych, gdańszczan nasieczono podobno 4427 –  ci legli na samym polu bitwy, żołnierzy niemieckich mordowano jeszcze w czasie ucieczki, Marcin Bielski zanotował ponadto, że: „[…] w pogoni różno je bito, a ktemu chłopstwo po lesiech, po górach, po wsiach, po stodołach bili, mordowali”[3]. Zwycięstwo było więc zupełne.

Piękna wygrana pod Lubiszewem nie przyniosła jednak Batoremu rozstrzygnięcia. Gdańszczanie szybko pozbierali się po tej sromotnej porażce i postanowili bronić miasta za wszelką cenę. Batoremu za uzyskane środki udało się zwerbować 4000 żołnierzy i 22 działa, których sprowadził do głównego obozu wojsk królewskich pod Tczewem. Dokonano lustracji umocnień Gdańska i z przykrością stwierdzono, że zapowiada się ciężka przeprawa. 13 czerwca rozpoczęto oblężenie. Atakowano miasto z każdej strony, łącznie z Latarnią, którą ostrzeliwał Ernest Wejher. Oblężenie jednak szybko zwinięto, kiedy w nocy 2-3 lipca mieszczanie urządzili wycieczkę i zabrali wejherowe działa. W sierpniu podjęto kolejną wyprawę, tym razem Batory zgromadził 6000 żołnierzy, ponowiono ataki na Latarnię, którą znowu ostrzeliwał Wejher. W cały konflikt zaczęła się nagle mieszać Dania, która stanęła po stronie zbuntowanego miasta i przysłała doń swoją flotę. 23 sierpnia zaczął się szturm na Latarnię. Mimo udanego pierwszego ataku, nie udało się zdobyć warowni, Żołnierze broniący Latarni otworzyli gęsty ogień do piechurów królewskich, a ponadto Duńczycy uniemożliwili przerzucenie walczącym hajdukom posiłków, atak się załamał. Warto jednak odnotować, że w walkach o Latarnie zginął niefortunny wódz spod Lubiszewa – Jan Winkelbruch. Łamiąc sobie zęby o gdańskie fortyfikacje, Batory postanowił przerwać oblężenie 6 września i cofnąć się do Elbląga. Mieszczenie znowu triumfowali. Tym razem gdańszczaniez pomocą Duńczyków postanowili przeprowadzić odwetowe uderzenie na Elbląg. Miasto uratował jednak…Kasper Bekiesz, z którym Batory pogodził się w momencie objęcia władzy w Rzeczpospolitej i zaprosił go na swój dwór. Bekiesz jako doświadczony dowódca oddał Batoremu niemałe usługi i stał się jego przyjacielem, a z czasem i faworytem.

Rajtar gdański.
Fot. Wikimedia Commons

Przedłużająca się wojna wyczerpywała obie strony, toteż zaczęto myśleć o pokoju. W cieniu działań wojennych rozgrywała się też wielka polityka. Oto Batory polegając całkowicie na Zamoyskim oddał kuratelę nad chorym umysłowo księciem pruskim Albrechtem Fryderykiem margrabiemu brandenburskiemu Janowi Zygmuntowi Hohenzollernowi.  Zrobił to w zamian za 200 000, złotych, płatnych w 4 ratach. Krok ten do dziś surowo oceniany jest przez historyków. Jednak powiedzmy sobie szczerze, nikt u schyłku XVI wieku nie spodziewał się, że Prusy w przyszłości mogą stać się potworem, który pożre swego dawnego suwerena. Poza tym Batory potwierdził tylko to, co wcześniej zdecydował Zygmunt August. Zrezygnowane strony tj. Gdańsk i Batory podpisały wreszcie układ 12 grudnia 1577 roku, w jego myśl zbuntowane miasto zobowiązało się do przeproszenia króla i złożenia mu hołdu, spłaty 200 000 zł oraz 20 000 zł rekompensaty za zniszczenia klasztoru w Oliwie. Ze swej strony Batory ściągnął interdykt, który nałożył na miasto oraz potwierdził prawa i przywileje protestantów. Kwestię statutów Karnkowskiego odłożono do następnego sejmu.

Batoremu niby udało się osiągnąć cel, ale przełykał bardzo gorzką pigułkę. Jedno zbuntowane miasto uświadomiło mu, że jego pozycja wśród poddanych nie jest w ogóle ugruntowana, a wojsko Rzeczpospolitej nie poradzi sobie, kiedy przyjdzie mu się mierzyć w regularnej wojnie poza granicami kraju. A na taką się zanosiło, bowiem Iwan IV bardzo odważnie poczynał sobie w Inflantach. Król zrozumiał, że zanim przystąpi do wojny z carem musi skłonić szlachtę do płacenia na wojsko, a samo wojsko gruntownie zreformować. Tak ten etap panowania króla podsumował Karol Olejnik: „Tak więc wojna z Gdańskiem z racji swojego złożonego kontekstu wykazała niedociągnięcia struktury militarnej Rzeczypospolitej, a równocześnie pozwoliła Batoremu na rozeznanie sposobów tym niedociągnięciom przeciwdziałającym. W tym znaczeniu konflikt był przydatny, aczkolwiek doraźnie nowy monarcha wyszedł z niego pokonany. Od niego samego zależało, czy potrafi z tej porażki wyciągnąć właściwe wnioski”[4].

Działać należało szybko, bowiem Inflanty znowu stanęły w ogniu.

Reformy wojskowe

Zanim Stefan Batory wyprawił się przeciw carowi, musiał należycie zadbać o siły zbrojne, aby nie powtórzyły się gorzkie doświadczenia z ataków na Latarnię czy bezskutecznego ostrzeliwania Gdańska. Wojna w Prusach dobitnie pokazała, że tylko zaciężny żołnierz coś znaczy, a pospolite ruszenie jeśli już, przyda się tylko siła pomocnicza. Batory rozumiał również, że przy zdobywaniu zamków inflanckich, potrzebna będzie liczna i dobrze uzbrojona piechota oraz artyleria. Rozumiał to również Zygmunt August, który również zmuszony był prowadzić długie kampanie wojenne, król zaczął reformę wojska, ale jak większość spraw z czasów jego panowania, również i ta nie została dokończona.

W kwestii jazdy, Batory zreformował husarię, która w jego czasach zaczęła ostatecznie nabierać kształtu znanego nam dzisiaj. Jeszcze za panowania Zygmunta Augusta husaria była jazdą lekkozbrojna, a w jej szarżach uczestniczyli zakuci w ciężkie zbroje kopijnicy. W czasach króla Stefana husarze zaczęli przywdziewać zbroje, szyszaki, uzbrojeni byli w 5-5,5 m, drążone w środku kopie, szable, broń palną, niektóre roty miały też tarcze. Cały czas dużych problemów nastręcza klasyfikacja jazdy kozackiej. Analizując literaturę przedmiotu oraz teksty źródłowe można jednak stwierdzić, że mimo reformy z lat 60-tych XVI wieku, wspomnianej w jednym z poprzednich rozdziałów, pod jej nazwą kryją się jeźdźcy uzbrojeni ciężej jak i jazda lekka, bez żadnego walczący bez żadnej ochrony. Wspólnym mianownikiem jazdy kozackiej miało być uzbrojenie takie jak – rohatyny, łuki, szable czy broń palna. Ciekawą jednostką byli również petyhorcy, którzy werbowani byli na terenie Litwy. Roty petyhorskie biły się chociażby pod Lubiszewem. Ich genezy należy doszukiwać się na terenach Kaukazu w tzw. Pięciogórzu. Kaukascy najemnicy  przybyli na Litwę mieli tworzyć pierwsze roty petyhorskie.  Petyhorcy bardzo przypominali koronną jazdę kozacką. Batory zaciągał również jednostki typowo zachodnioeuropejskie, toteż w wojskach Rzeczpospolitej znajdowała się rajtaria, o której szerzej napiszemy w rozdziale o Stanisławie Koniecpolskim.

Hajducy Batorego.
Fot. Wikimedia Commons

Bardzo poważne zmiany dotknęły piechotę, król powiedział kiedyś, że: „w tej Koronie za łaską miłego Pana Boga nic na rycerstwie jezdnym nie schodzi, z którym snadnie potrzeby wojenne opatrować się mogą, ale na ludziach pieszych, iż nie pomału zeszło, których do tychże spraw wojennych, niemniej jako jezdnych trzeba […]”[5]. Z Siedmiogrodu Batory przyprowadził ze sobą swoje oddziały piechoty, z węgierska nazywanych „hajdukami” i to oni stali się wzorem dla reform, którymi zostały objęte wojska piesze w Rzeczpospolitej. Batory dokonując reformy piechoty całkowicie ją przezbroił. Zniknęły wielkie pawęże, kopie oraz hełmy, zamiast tego piechota polska upodobniła się do węgierskiej i z czasem zaczęto ją nawet nazywać piechotą polsko-węgierską. Piechurzy nie nosili żadnej odzieży ochronnej, ubierali się w węgierskie kolorowe płaszcze oraz czapki. Jako uzbrojenia używali rusznic oraz arkebuzów, szabel i siekierek, które pomocne okazywały się w czasie prac oblężniczych, piechurzy mieli również odmierzone ładunki prochowe, które chowali w ładownicach. Rota piechoty wynosiła zwykle 200 żołnierzy, którzy podzieleni byli na dziesiątki, a dowodzili nimi dziesiętnicy, którzy jako oznakę swej władzy nosili broń zwaną darem (przypominała ona pikę, ale była znacznie krótsza). Zazwyczaj w rocie piechoty było od 10 do 20 dziesiętników. Prócz tego w oparciu o podobne wzorce Batory powołał tzw. piechotę wybraniecką. Wybrańcy werbowani byli z każdego 20 łanu z dóbr królewskich. Żołnierz piechoty wybranieckiej własnym kosztem musiał zakupić rusznicę, szablę, siekierkę, proch ołów, szablę oraz strój. W zamian za to łan, który uprawiał był zwolniony od wszelakich powinności. Roty wybrańców miały być wystawiane według systemu terytorialnego. Wbrew temu, co powtarzała dawna historiografia, piechota wybraniecka nie była ani zbyt liczna, ani nie wsławiła się specjalnie w bojach, zazwyczaj spełniała ona charakter pomocniczy w działaniach oblężniczych. Roty piechoty cudzoziemskiej werbowane przez Batorego nie odbiegały zasadniczo od wzorców zachodnich i dzieliły się na muszkieterów i pikinierów. Batory na swą służbę zaciągał również Szkotów.

Jako, że Batory odziedziczył po Zygmuncie Auguście bardzo dobrą i sprawną artylerię, toteż nie wprowadził w mniej większych zmian. Król zadbał natomiast o skuteczną propagandę wojenną i przez cały okres wojen z Iwanem Groźnym wojskom królewskim towarzyszyła mobilna drukarnia. Batory wprowadził również cenzurę i dbał o to, aby wszystkie treści przygotowywane do upublicznienia były odpowiednio zredagowane,

Tak przeprowadzone reformy wojskowe miały zapewnić królowi Stefanowi sukces z armią carską.

Jakub Jędrzejski

Bibliografia:

Augustyniak Urszula: Historia Polski 1572-1795, Warszawa 2008

Besala Jerzy: Stefan Batory, Warszawa 1992

Głubisz Bartosz: Jazda kozacka w armii koronnej 1549-1696, Poznań 2016

Góralska-Wójcik Danuta: Król Niemalowany, Warszawa 1983

Olejnik Karol: Stefan Batory 1533-1586, Warszawa 1988

Plewczyński Marek: Wojny i wojskowość polska w XVI wieku, t. I, Zabrze 2011

Plewczyński Marek: Wojny i wojskowość polska w XVI wieku, t. II, Zabrze 2012

Plewczyński Marek: Wojny i wojskowość polska w XVI wieku, t. III, Zabrze 2013

Sikora Radosław: Niezwykłe bitwy i szarże husarii, Warszawa 2017

Wimmer Jan: Historia piechoty polskiej do 1864 roku, Warszawa 1978

Przypisy:

[1] D. Góralska-Wójcik: Król Niemalowany. Warszawa 1983, s. 98.

[2]. R. Sikora: Niezwykłe bitwy i szarże husarii. Warszawa 2017, s. 25.

[3] Tamże, s. 27.

[4]. K. Olejnik: Stefan Batory (1533-1586). Warszawa 1988, s. 104.

[5]. Jan Wimmer: Historia piechoty polskiej do 1795 roku. Warszawa 1978, s. 214.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*