Za Wodza i Naród | Recenzja

Erwin Bartmann, Za Wodza i Naród. Wspomnienia weterana 1. Dywizji Pancernej SS Leibstandarte Adolf Hitler

Wspomnienia weteranów są coraz popularniejsze. Niegdyś wydawano głównie memuary wielkich wodzów, teraz schodzimy do zwykłych żołnierzy. Głównie weteranów II wojny światowej, która stale cieszy się zainteresowaniem czytelników. Za Wodza i Naród wpisuje się w tą tendencję – Erwin Bartmann walczył w szeregach 1. Dywizji Pancernej SS – słynnej Leibstandarte SS Adolf Hitler.

Erwin Bartmann, Berlińczyk mieszkający w Wielkiej Brytanii spisał swoje wspomnienia, by przedstawić obraz życia chłopaka, który chciał służyć w elitarnej Leibstandarte SS Adolf Hitler – jednostce, która niegdyś zrobiła na nim wielkie wrażenie. Elitarność, wygląd i szacunek jakim darzono formację wpłynęły na młodego Bartmanna.

Wspomnienia zaczynają się, gdy miał 6 lat – oto jest jest świadkiem pogrzebu Horsta Wessela, a ojciec objaśnia mu kto jest dobry, a kto zły (komuniści). Wydarzenie to formuje poniekąd świadomość chłopaka. Podobnie zresztą odczuwa radość tłumu z dojścia Hitlera do władzy – entuzjazm ludzi był duży i szczery. Gdy Bartmann miał 10 lat, wstąpił do Deutsche Jungvolk (DJ). W książce znajdziemy opis zajęć i zabaw, po czym autor tłumaczy się i usprawiedliwia się – dzieciak przecież nie mógł wiedzieć, że obozy koncentracyjne doprowadzą do hekatomby, a DJ to faktycznie przygotowanie do szkolenia wojskowego, wdrożenie do machiny militarnej.

Bartmann wspomina też o otwarciu Igrzysk Olimpijskich w Berlinie w 1936 r. – to wydarzenie, rozmach, oprawa, zrobiły na chłopaku olbrzymie wrażenie, dał się ponieść duchowi czasu stworzonemu przez Hitlera. Wówczas już jego rodzice należeli do NSDAP, Deutsche Arbeitsfront, a także udzielali się społecznie, jak wielu innych Niemców.

Dorastający Bartmann, choć chciał służyć w Leibstandarte, zaczął uczyć się zawodu piekarza. Chłopak wspomina noc kryształową w Berlinie, ale wydarzenie to w jego książce to drobny epizod, niewiele znaczący. Właściwie widzi w stolicy Niemiec tylko jedną scenę, starcie dwóch odmiennych postaw: mężczyzna, który mówi, iż trzeba Żydom pokazać, kto rządzi w Niemczech oraz kobieta, mówi, że nie wolno winić całego narodu żydowskiego za zbrodnię jednego człowieka. Tylko tyle i aż tyle.

W 1938 r. Bartmann formalnie przeszedł z DJ do Hitlerjugend, ale za dużo pracował, by udzielać się w młodzieżówce. Trzy lata później, dzięki przypadkowej interwencji Himmlera dostaje się do Leibstandarte SS, mimo wcześniejszego przydziału do Luftwaffe. Bartmannowi podoba mu się służba rekrucka.

Rychło wybuchła wojna z ZSRR – Bartmann przedstawia ją jako atak uprzedzający zerwanie przez Stalina przymierza i sowieckie uderzenie. Żołnierze opuszczają koszary i jadą na Ukrainę, gdzie czują się jak wyzwoliciele – ukraińscy Niemcy opowiadają im o wielkim głodzie i realiach życia pod rządami Stalina.

Wspomnienia Bartmanna to mieszanka opowieści o służbie, walkach i realiach frontu z życiem szpitalnym, prywatnym (wręcz intymnym), ale i różnych drobnych wydarzeniach dziejących się w międzyczasie, niejako w tle.

Szlak bojowy Bartmanna wiódł przez Dniepr, Taganrog, Rostów (tu relacje z walk, ale i okrucieństwa, np. zmasakrowanie SS-manów przez Rosjan), w końcu Sambek. Później Leibstandarte wysłano do Francji, w okolice Paryża, a potem do Normandii. W styczniu 1943 r. dywizję ponownie skierowano na front wschodni – zacięte walki pod Charkowem i w mieście dały Bartmannowi się we znaki. Tym razem chłopak ma mniej szczęścia w walce. Najpierw rana od samolotu Luftwaffe, a potem w walkach pod Prochorowką ranił go odłamek, przez co został wycofany na leczenie do Austrii. Tu mamy przerwę we frontowej służbie Bartmanna. Przez wcześniejszy okres pełnił różne funkcje: służba w łączności, potem był ordynansem u dowódcy kompanii, ale i gońcem, by znów wrócić do łączności.

Przeciągająca się rekonwalescencja po odmrożeniach nałożyła się na bombardowanie Berlina, gdzie teraz przebywał Bartmann. Chyba nie do końca zdaje sobie sprawę, że właśnie mógł odczuć to samo, co ofiary niemieckiej napaści i bombardowań.

W listopadzie 1944 r. Bartmann został instruktorem w kompanii szkolnej ckm – szkolił nastolatków w spartańskich warunkach, całą grupą uczestniczyli też w egzekucjach dezerterów – pokazywano je młodym rekrutom, którzy często mieli o sobie wyższe mniemanie niż powinni, biorąc pod uwagę realne umiejętności. Wiosną 1945 r. Bartmann wrócił na front, już nad Odrą. Tu spotkał zupełny chaos i strach przed Sowietami. Natarcia sowieckie niszczą niemieckie oddziały, niedobitki wycofują się w nieładzie na zachód. W końcu Bartmann trafił do niewoli. Sam ukrywał swoją przynależność do Waffen SS, a jednocześnie wspomina o częstym wypieraniu się przez niemieckich jeńców, by kiedykolwiek popierali nazizm i należeli do NSDAP. Jak wspomina Bartmann, doszło nawet do tego, że grupa jeńców rozpoczęła w obozie polowanie na nazistów, kończące się sądem kapturowym i egzekucją. W 1946 r. Bartmann trafił do obozu jenieckiego w Anglii, a dwa lata póżniej został zwolniony i w Edynburgu wrócił do zawodu piekarza.

Jak wspomniałem, książka Bartmanna to mieszanka różnych wydarzeń, bo i życie żołnierza to nie tylko walka. Autor opisuje okrucieństwa wojny (np. mordowanie rannych żołnierzy niemieckich przez czerwonoarmistów), trudne walki o każdy dom, bezładne i samobójcze ataki sowieckiej piechoty, strach, własne przeżycia… Rosyjski mróz, błoto i pusty żołądek kontrastują z pobytem we Francji, a samotność z braterstwem broni i dzieleniem życia z kobietami. Poznajemy Bartmanna i jego kompanów w czasie zajęć poza służbowych jak zawody sportowe czy gra w piłkę nożną. Żołnierz wspomina też o sowieckiej propagandzie, ulotkach i głośnikach, o sowieckich pociskach z gazem bojowym i morderczych bombach z fosforem.

W tle głównej narracji mamy też scenę z Ukrainy, kiedy to oficer bez wahania zabija na miejscu jakiegoś żołnierza za próbę gwałtu na przypadkowej dziewczynie. Z kolei sam Bartmann pomaga sąsiadce Żydówce w odbiorze zwłok ojca z obozu w Oranienburgu. Takie pokrętne były losy ludzkie w czasie wojny. Dla Bartmanna, jego przeżycie to wynik czuwania anioła stróża. Zresztą Bartmann przedstawia się jako człowiek wierzący w Boga, choć przyznaje, że dla oszczędności odstąpił od protestantyzmu.

Bartmann wplata w opowieść swoje związki z kobietami. Dosyć często pojawia się też wątek braku kontaktów z dziewczynami. A gdy już do nich dochodziło, to autor raczy czytelnika opisem swoich przeżyć – inicjacja seksualna w burdelu Leibstandarte (i opis procedur medycznych z tym związanych), przygodne „związki”, w końcu związek z wdową z dzieckiem.

Wszystkie te wydarzenia tworzą życiorys człowieka, który przeszedł piekło frontu wschodniego, był porządnym człowiekiem, a którego mottem nadal jest hasło z SS „honor to wierność”. Służba w Waffen SS i nastawienie Bartmanna-chłopca odciska piętno na jego wspomnieniach. Książka pokazuje poczucie wyższości żołnierzy Waffen SS nad Wehrmachtem. Waffen SS jako formacja miało być też lepsze, jeśli chodzi o umiejętności dowódcze i dyscyplinę. A Leibstandarte SS zawsze biło się dzielnie i niejednokrotnie ratowało sytuację na froncie.

Bartmann zastrzega, że nie był nazistą, nie należał do NSDAP, w jakimś sensie bolała go hipokryzja żołnierzy i oficerów (już jeńców), którzy wypierali się wszelkich związków z nazizmem, choć wiadomo, że takowe mieli. Boli go też postawa wyższych oficerów Wehrmachtu, ich kastowość (kontrastująca z egalitaryzmem w Waffen SS) oraz postawa w końcu wojny, ich brak silnej woli oporu.

Dla Bartmanna wojna z ZSRR to walka z bolszewizmem – jakby utożsamionym z wszelkim złem, walka z nihilistycznym, nieludzkim systemem. Autor pisze, że potem, w czasie zimnej wojny cały Zachód poznał się na komunistach i zwalczał bolszewizm. Z jednej strony Bartmann nie chce rozpamiętywać i gdybać, co by było, a z drugiej strony – na końcu książki – stawia pytanie retoryczne co by było, gdyby Hitler nie zmierzył się z bolszewizmem. Ciekawy zabieg. Tym bardziej, że za nim idzie myśl o dojściu armii rosyjskiej do Paryża.

Autor broni też Waffen SS. Jego zdaniem to przez działalność innych formacji związanych z SS, np. SD i Einsatzgruppen, całe SS, w tym Waffen SS ma do dzisiaj złą opinię. Zresztą sam Bartmann przekonał się jak w czasie wojny ludzie przeszli od podziwu do wrogości wobec Waffen SS. Autor broni też Leibstandarte SS przed oskarżeniami o ludobójstwo i inne zbrodnie – choć zastrzega, że nie może ręczyć za całą dywizję, to zaznacza, że w czasie jego służby, jego kompania nie brała udział w tego typu działaniach i nie miała z nimi nic wspólnego. Poza tym Bartmann stwierdza, że o obozach koncentracyjnych musieli wiedzieć wszyscy (w końcu widzieli tabuny robotników przymusowych), ale mało kto o obozach zagłady, które były zbrodnią przeciw ludzkości.

Bartmann wygląda na zatwardziałego antykomunistę, który choć nie był nazistą z przekonania, to nazizm mu imponował, nie wiedząc nic o jego zbrodniczym obliczu. Ot, niemiecki patriota traktujący służbę wojskową jako chwalebny obowiązek, a zwalczanie strasznych i groźnych bolszewików to (dziejowa?) konieczność. Bartmann buduje pozytywny wizerunek Waffen SS, odcinając się od zbrodni i wskazując na opatrywanie rannych sowieckich żołnierzy przez SS-manów.

Na koniec kilka uwag. Książka została uzupełniona o tabelę stopni wojskowych Wehrmachtu, Waffen SS, Allgemeine SS wraz z odpowiednikami polskimi. Co jakiś czas trafić można na błędy edytorskie, ale z drugiej strony mamy przypisy redakcyjne poprawiające autora i uzupełniają informacje podane we wspomnieniach.

Za Wodza i Naród to wspomnienia ciekawe, ale trzeba do nich podejść ostrożnie. Autor często jest wysoce subiektywny. Gdy opisuje walki, to nie są one przesycone informacjami o sytuacji ogólnej ani o najdrobniejszych szczegółach. Wiele miejsca poświęca sobie i swoim przeżyciom, nie unikając jednak wydarzeń pobocznych czy też opinii na temat innych osób.

Wydawnictwo Replika

Ocena 3,5/6

Robert Witak