Zero nie ma dobrej opinii. Oznacza nicość, bezwartościowość, bywa zniewagą, kojarzy się z odliczaniem do końca, po którym nastąpi jakiś koszmar, bądź zgoła apokalipsa. 3, 2, 1, ZERO. W czasie Zimnej Wojny takie odliczanie miało miejsce nieraz. Ale nigdy nie doszło do zera. Było natomiast inne Zero, które zaważyło na jej losach, tak często dzisiaj pomijane. Zero, które ma wpływ na nas po dzień dzisiejszy. Tyle właśnie razy – zero – podczas konfliktu zimnowojennego doszło do ataku z użyciem broni jądrowej.

Jądrowa apokalipsa za 3, 2…

Dlaczego do tego doszło? A raczej, czemu nie doszło do ataku jądrowego? Wydawało się, że zagłada czeka nas tuż za rogiem, odliczenie do zera to tylko kwestia decyzji któregoś z polityków w Moskwie bądź Waszyngtonie. Od sierpnia 1949 roku, gdy Sowieci dokonali pierwszej detonacji atomowej zapanowała globalna równowaga sił w kwestii broni jądrowej między USA i ZSRR. Powielenie, a raczej skopiowanie osiągnięcia Amerykanów zajęło radzieckiej Rosji tylko cztery lata. Z kolei rosyjską bombę wodorową zdetonowano niecały rok po udanej eksplozji Ivy Mike w listopadzie 1952 przeprowadzonej przez USA.

29 sierpnia 1949 roku – Operacja Pierwaja Mołnia (Pierwszy Błysk), wybuch pierwszej sowieckiej bomby atomowej RDS -1. Wydarzenie to zakończyło monopol atomowy Amerykanów i rozpoczęło nuklearny wyścig zbrojeń.
Fot. Wikimedia Commons

Równowaga w technologii jądrowej miała utrzymać się do końca Zimnej Wojny. W wyścigu zbrojeń raz jeden raz drugi kraj dysponował większą ilością głowic. Niemniej jednak, czy było ich po jednej ze stron 10, a po drugiej 11 tysięcy, taka różnica nie miałaby już większego znaczenia. Obie strony już dawno zagwarantowały sobie wzajemne zniszczenie.

John F. Kennedy i Nikita Chruszczow – przywódcy USA i ZSRR „siłowali się”, chcąc poszerzyć swe strefy wpływów. Wojna nuklearna wydawała się nieunikniona – dlaczego do niej nie doszło? Każdy z nich uznał pokój za lepsze wyjście – dla siebie i swojego kraju.
Fot. Wikimedia Commons

Owa gwarancja destrukcji od połowy lat 50. była solą w oku obu stron zimnowojennego sporu. Każdy bał użyć się swojego arsenału jako pierwszy, gdyż wiedział, że odpowiedź może być straszliwa. Szczególnie blisko konfliktu wydawało się być w 1961 i 1962 r podczas dwóch wydarzeń wyjątkowego napięcia, nawet jak na standardy Zimnej Wojny – kryzysu berlińskiego oraz kubańskiego. W ostateczności jednak obie strony zawsze się wycofywały. Na szczęście dla ludzkości, nuklearną szabelką jedyne wymachiwano, nie doszło do próby „dźgnięcia” którejś ze stron.

I to właśnie wydaje się być jednym z najważniejszych czynników, które złożyły się na zerowy bilans ataków jądrowych w czasie Zimnej Wojny. Zwyczajnie zbyt bardzo bano się użycia broni jądrowej. Jej posiadanie przez obie strony paradoksalnie zapewniało większe bezpieczeństwo.    Sam fakt wojny stawał się zagrożeniem dla istnienia swego kraju, a nawet całej ludzkości.

Co by było, gdyby któraś ze stron nie dysponowała bronią masowego rażenia? Łatwiej byłoby dyktować warunki w polityce międzynarodowej i zastraszać przeciwnika. Użycie zaś swego arsenału nie byłoby tak kosztowne. Taka sytuacja miała miejsce jeszcze w czasie II wojny światowej. Stany Zjednoczone, chcąc wreszcie zakończyć konflikt z Japonią zaatakowały Hiroszimę i Nagasaki niemalże zaraz po pierwszym udanym teście jądrowym w lipcu 1945 r. Wygląda zatem na to, że druga strona w obliczu zagrożenia musiała zbudować własną broń – przede wszystkim nie dlatego, żeby atakować, ale dlatego żeby nie być zaatakowanym. W sytuacji, gdy obie strony w obliczu kryzysu działają racjonalnie i mają instynkt samozachowawczy nie zaatakują siebie nawzajem. Atak USA na ZSRR czy przeciwnie byłby atakiem na samego siebie. Przywódca zaś, który by za tym stał, zostałby przeklęty przez kolejne pokolenia. O ile te w ogóle miałyby szansę zaistnieć…

Bogactwo trudne do zdobycia

Ale nie tylko czynnik odstraszania sprawił, że jak do tej pory żadne pokolenie nie doświadczyło koszmaru wojny nuklearnej. Związane jest to także z rozproszeniem bogactwa jakie postępowało wraz z rozwojem ludzkości. Gros kapitału decydującego o wiedzy, władzy i potędze nie jest już zgromadzony w skarbcach ukrytych w piwnicach budynków administracji rządowej czy centrach dowodzenia na wypadek wojny. Bogactwo zawarte jest w ludzkich umysłach, zdolności do innowacji oraz systemie instytucjonalnym i prawnym gwarantującym należyte i efektywne wdrożenie jej w życie oraz postawą obywatelską i etosem pracy gloryfikującym kooperację zimnymi. Tego nie da się zdobyć w wojnie. Po prostu samemu trzeba sobie wypracować. Trudno o to, aby atak jądrowy jednej strony umożliwił zdobycie bogactw przeciwnika. Skąd je bowiem czerpać? Z nuklearnej pustyni? Nawet zwykły konwencjonalny atak nie jest już opłacalny. Rozwinięte kraje nie walczą ze sobą nawzajem, bowiem wojna jest droższa niż kiedykolwiek wcześniej, zaś łupy wojenne trudne, właściwie niemożliwe do zdobycia. Porównajmy to z dawnymi czasami, gdzie bogactwo i potencjalne łupy zawarte były w skarbcach, na polach, czy w lasach w postaci zwierzyny, bądź pod ziemią jeśli mowa o surowcach naturalnych. Teraz bogactwo stało się czymś innym, dzięki czemu maleją szanse nie tylko na wojnę jądrową, ale wojnę w ogóle.

Jak wobec tego zdobyć bogactwo, jeśli nie wojną? Odpowiedzią staje się współpraca. Szeroko zakrojona ponadnarodowa kooperacja, ponad granicami, podziałami kulturowymi etnicznymi czy religijnymi. Współpraca, w której każda ze stron, poprzez sam fakt tego, że jest czynnym uczestnikiem danego przedsięwzięcia czerpie z niego korzyści. Mogą to być dochody z handlu, innowacje, przyciąganie do swego kraju wykwalifikowanych pracowników umysłowych, bądź eksport swego kapitału wiedzy do innych państw. Bezustanna współpraca, coś za coś dla obopólnych korzyści. Kiedyś stabilizatorem społeczeństwa była pamiętna zasada Hammurabiego „oko za oko”. Może teraz czas powiedzieć „bogactwo za współpracę”?

Jedno zero więcej

Ale wróćmy do Zimnej Wojny. Nie tylko tym jednym zerem zamknął się jej bilans. Zero razy bezpośrednio walczyły ze sobą także światowe mocarstwa po roku 1953. Jedynym konfliktem, w którym starły się bezpośrednio, była wojna koreańska, gdy walczyły Chiny ze Stanami Zjednoczonymi. Jednakże należy zauważyć, iż status Chin jako mocarstwa w tamtym czasie może budzić kontrowersje – kraj ten przechodził przez konwulsje rewolucji komunistycznej, zniszczenia powojenne były ogromne, Państwo Środka ponadto nie posiadało broni jądrowej. I właśnie temu ostatniemu faktowi należy przyjrzeć się bliżej.

Wówczas, podobnie jak w konflikcie między USA a Japonią także mieliśmy do czynienia z walką mocarstwa nuklearnego z krajem, który nie posiadał broni masowego rażenia. Jeden z dowódców armii USA, Dogulass MacArthur w czasie tego konfliktu realnie rozważał użycie broni  jądrowej przeciwko Chinom. Zmasowany atak nuklearny zmiótłby z powierzchni ziemi ważne ośrodki przemysłowe i komunikacyjne Państwa Środka. Mac Arthur sądził, że USA dzięki temu wygrałyby wojnę w cuglach. Widzimy zatem, że nieposiadanie bomby przez drugą stronę zwiększało pokusę jej użycia przez nuklearne mocarstwo. Na szczęście, żadne z chińskich czy koreańskich miast nie dołączyło do Hiroszimy i Nagasaki. Trzeba jednak dodać, iż MacArthur był odosobniony w swoim pomyśle, gdyż nie poparła tego administracja prezydenta Trumana. Na pewno można było obawiać się wówczas reakcji ZSRR na rozpętanie przez USA konfliktu nuklearnego. Jednakże trudno oprzeć się wrażeniu, iż politycy naznaczyli broń jądrową jakimś moralnym zakazem – czymś, co nie zostanie użyte, dopóki ich kraj nie padnie ofiarą ataku nuklearnego. Owo tabu nuklearne kształtowało się stopniowo w czasie Zimnej Wojny. Jeszcze w latach 50. amerykański sekretarz stanu John Foster Dulles i prezydent USA Dwight Eisenhower ubolewali, że broń jądrową zaczyna otaczać jakieś dziwne rozróżnienie od konwencjonalnych pocisków. Stopniowo jednak wypowiedzi polityków, czy wojskowych jak MacArthur realnie rozważających atak jądrowy wykroczyły poza margines akceptowalności. Już Dean Rusk, sekretarz stanu za prezydentury Johna F. Kennedy’ego obawiał się, iż Stany Zjednoczone przez wieki obciążone byłyby „znamieniem Kaina”[1], gdyby jako pierwsze zdecydowały się użyć broni jądrowej. W podobnym duchu wypowiadał się fizyk Alvin Weinberg, kiedy to z okazji 40 rocznicy ataków na Hiroszimę i Nagasaki mówił do słuchaczy:

„Czy obserwujemy stopniowe uświęcenie Hiroszimy – wyniesienie zbombardowania tego miasta do rangi głęboko mistycznego wydarzenia, naznaczonego taką samą mocą religijną jak wydarzenia biblijne? Nie potrafię tego udowodnić, ale jestem przekonany, że 40. rocznica zbombardowania Hiroszimy, upływająca w atmosferze powszechnego zatroskania, przypomina obchody najważniejszych świąt religijnych. […] Uświęcenie Hiroszimy należy do najbardziej optymistycznych zjawisk epoki jądrowej”[2].

Owo pojmowanie konfliktu nuklearnego jako biblijnej apokalipsy, bądź szerzej jako wydarzenia eschatologicznego o charakterze religijnym datuje się już od czasu gdy J. Robert Oppenheimer ujrzał pierwszy błysk jądrowy w lipcu 1945 roku na pustyni w Nowym Meksyku:

„Stałem się śmiercią, niszczycielem światów”[3].

Z czasem podobne poglądy zataczały szerszy krąg. Użycie broni jądrowej wiązałoby się z byciem przeklętym przez następne pokolenia, oznaczałoby popełnienie niewybaczalnego grzechu.

Mamy zatem wiele czynników, dzięki którym nie doszło do ataku jądrowego w czasie Zimnej Wojny a także i potem. Wiąże się to z egoistycznym strachem polityków o los siebie samych, ale także swoich krajów i narodów. Ponadto atak taki niewiele by dał jeśli chodzi o łupy wojenne. Byłby kosztowny, korzyści zaś absolutnie niewspółmierne do poniesionych nakładów. Poza tym, zwykli ludzie, mając w pamięci Hiroszimę i Nagasaki zwyczajnie bali się tego konfliktu, można zaryzykować stwierdzenie że bardziej niż jakiejkolwiek innej wojny w historii. Wszystkie te powody były przez niektórych uzasadniane metafizyką bądź religią. Nie można wszczynać takiej wojny bo to grzech. Uzasadniali to w ten sposób i naukowcy i zwykli ludzie. Inni nieużycie broni uzasadniali pragmatyką i interesem. Jak widzimy, argumenty z każdej możliwej dziedziny życia i ludzkiej psychiki przemawiają przeciwko wojnie jądrowej. A coraz częściej także przeciwko wojnie w ogóle.

Czy tylko dzięki broni jądrowej nie doszło do III wojny światowej?

Wobec tego pytanie brzmi, na ile Zimna wojna nie stała się gorącą dzięki samemu faktowi, że prowadzenie konfliktów zbrojnych staje się coraz mniej opłacalne, a na ile tylko dzięki istnieniu bomby atomowej?  Trudno dokonać tutaj jednoznacznej oceny. Z wojny rezygnują także kraje, które nie dysponują w swym arsenale bronią jądrową oraz niebędące zagrożone takim atakiem. Weźmy chociaż pod uwagę kraje Europy Zachodniej czy Ameryki Południowej. Pokój zdaje się zataczać coraz szerszy krąg, do czego z całą pewnością przyczyniła się broń jądrowa, ale nie tylko. Był to także szeroko pojęty rozwój cywilizacyjny, sprawiający że bogactwo stało się rozproszone, nienamacalne i abstrakcyjne, możliwe do zdobycia drogą kooperacji i pokoju, a nie zaś po przejściu na wojenną ścieżkę. Można stwierdzić, że rozwój techniczny i społeczny idzie w parze z rozwojem moralnym.

Ponadto bomba atomowa nie była gwarantem pokoju w ogóle po II wojnie światowej, gdyż do konfliktów zbrojnych przecież dochodziło, a same mocarstwa nuklearne prowadziły wojny. Walczyły Stany Zjednoczone, Związek Radziecki, Chiny, Indie, Pakistan czy Wielka Brytania. Gdyby to tylko dzięki tej broni utrzymywał się pokój, takie kraje jak Wietnam, Afganistan czy Argentyna natychmiast musiałyby kapitulować w obliczu zagrożenia dla egzystencji swych narodów. Nic takiego się nie stało, a wojny trwały, nierzadko przez lata. Były jednak kosztowne, niewiele dzięki nim osiągnięto, a przywódcy którzy je rozpętali okryli się niesławą. Wojna w Afganistanie przyczyniła się zaś rozpadu Związku Radzieckiego. Zimnowojenne konflikty wielkich mocarstw pokazują zatem, jakim przeżytkiem i zbędnym balastem okazuje się być wojna jako taka, nie tylko ta z użyciem broni atomowej.

Apokalipsa inna niż kiedyś

Od roku 1947 redakcja amerykańskiego czasopisma „Bulletin of the Atomic Scientists” publikuje słynny „zegar zagłady”. Wskazuje on określoną godzinę, im bliższa zaś jest do północy, tym większe prawdopodobieństwo nadejścia zagłady. Pierwsza publikacja wskazywała godzinę 23:53. Oczywiście od tego czasu wielokrotnie ulegała ona zmianie, najbliżej północy będąc w roku 1953, kiedy to wybiła godzina 23:58. Rok 1991, kiedy to ostatecznie zawaliło się radzieckie imperium i na dobre zakończyła się Zimna Wojna był czasem, w którym wielu polityków, obserwatorów, a także zwykłych ludzi uległo optymistycznemu nastrojowi. Udzielił się on także redaktorom magazynu, którzy ogłosili godzinę 23:43.

Z czasem jednak powoli zaczęło dochodzić do północy. W roku 1995 była 23:46, ale siedem lat później już 23:53, by po kolejnej dekadzie w 2012 r. była godzina 23:55. Obecnie jest jeszcze gorzej – w roku 2018 tylko dwie minuty dzieliły nas od północy. Podobnie jak w roku 1953. Wydaje się zatem iż apokalipsa znowu jest tuż tuż i trudno znaleźć w tym wszystkim coś optymistycznego.

Ale czy naprawdę jesteśmy tak blisko jądrowej zagłady, jak 66 lat temu, gdy północ była najbliżej? Otóż nie – teraz autorzy zegara zagłady nawet nie biorą już jej pod uwagę. W roku 2007 redaktorzy czasopisma dokonali bowiem zmiany definicji tego, czym w ich zegarze jest północ. Teraz, zamiast całkowitej zagłady ludzkości oznacza ona szkody ekologiczne, zmiany pogody, topnienie lodowców bądź suszę.

Wykres przedstawiający godziny, które wskazywał zegar zagłady. Obecnie jest 23:58, tak jak w latach 1953-1960. Ale zagłada stała się czymś innym – nie oznacza wyginięcia ludzkości i znacznej części życia ziemskiego. A to już jakiś postęp. Fot. Wikimedia Commons

Ale wyobraźmy sobie, że jednak doszłoby do wojny jądrowej. Niewątpliwie zginęłoby mnóstwo niewinnych ludzi, zniszczenia środowiska także byłyby ogromne. Niemniej jednak, nie byłaby to nuklearna apokalipsa, której obawiano się w latach 50. i 60. minionego stulecia.  Nawet gdyby doszło do takiego konfliktu, wydaje się że ludzie w porę by się opamiętali i uniknęli jego eskalacji – z powodów zarówno pragmatycznych, jak i moralnych. Ta wojna nie dałaby nikomu nic, poza zniszczeniami i cierpieniami każdej ze stron. 74 lata, które minęły od Hiroszimy, pozwoliły ludzkości na tyle oswoić się z bronią jądrową, że nawet jej użycie przez jakiegoś opętanego manią zniszczenia dyktatora nie musiałoby już wiązać się z zagwarantowanym wzajemnym zniszczeniem. Teraz, dla utrzymania pokoju nie potrzeba arsenału tysięcy głowic jądrowych, jak to było w latach 50. i 60 XX wieku. Konieczne jest zaś racjonalne myślenie i właściwa identyfikacja interesu własnego i swojego kraju. I oczywiście – aby do władzy nie dochodzili psychopaci, a już zwłaszcza nie próbowali „bawić się” bronią masowego rażenia.

Bomba atomowa spełniła swoją rolę. Tę złą – było nią zniszczenie Hiroszimy i Nagasaki, ale też była jednym z czynników, dzięki którym wojna światowa nie wybuchła do dnia dzisiejszego. Wydaje się, że miała swoją epokę, mówimy przecież o erze jądrowej. Ale jak każda era, także i ta powinna się zakończyć. Wszystkie mocarstwa świata zmniejszają swoje arsenały nuklearne. Doktryna zagwarantowanego wzajemnego zniszczenia to przeżytek. Obłąkany polityk, który zechciałby użyć takiej broni i zniszczyć miasto w kraju, który tylko w jego umyśle byłby wrogiem, nie musiałby bać się o siebie samego, że zginie w analogicznej sytuacji będącej odpowiedzią na jego poczynania. Dla takich ludzi wydaje się zatem, iż pokusa użycia broni jądrowej do ataku, a nie tylko obrony przed zniszczeniem staje się większa niż kiedykolwiek wcześniej. Nie należy wykluczać, że może dojść do takiej sytuacji. Dlatego już nie tylko użycie broni jądrowej, jak to się stało w czasie Zimnej Wojny powinno być uznane za tabu, ale także samo jej posiadanie. Najpierw broń jądrową zbudowano, potem jej użyto, przez dziesiątki lat wzajemnie się nią straszono, teraz zaś zmniejsza się arsenały. Najbliższe dekady powinny być końcem epoki broni nuklearnej dla wszystkich na świecie.

Bo może ktoś ulegnie pokusie naciśnięcia „czerwonego guziczka”? I co począć z takimi osobnikami? Bo może, jeśli będą chcieli, to i tak zdobędą swoją broń? Dlatego należy starannie monitorować handel i obrót materiałami służącymi do budowy takiej broni na całym świecie i nie dopuszczać, aby dostawały się one w niepowołane ręce. Przykład Korei Północnej wskazuje, że nie jest to takie proste, niemniej jednak, Iranowi broni nie udało się zbudować, podobnie w jej posiadanie nie weszli terroryści czy inni radykałowie, których na świecie wciąż nie brak. To, że udało się zbudować broń Koreańczykom z północy, nie znaczy że uda się każdemu. Monitorowanie, działania wywiadowcze, ale także embarga i sankcje naprawdę mogą być skuteczne.

Miejmy zatem nadzieję, że obecne pokolenia doczekają świata bez broni jądrowej. Jak każda inna epoka, także i nuklearna powinna przeminąć. Obecność bomb atomowych może teraz stwarzać niebezpieczeństwo. Ludzkość poradziła sobie z zagrożeniem destrukcją w czasie Zimnej Wojny. Teraz potencjalne zagrożenie nie wydaje się być tak krwawe. Ale wciąż może nadejść. Nadszedł czas aby sobie z nim poradzić, całkowicie pozbywając się bomby atomowej.

Trzeba zatem rozpocząć odliczanie. I tym razem zero wreszcie musi nastąpić. Ale nie będzie to zero apokalipsy, tylko zero głowic jądrowych na świecie.

Marcin Święciński

Bibliografia:

Gaddis J. L, Zimna wojna. Historia podzielonego świata, wyd. Znak, Kraków 2007.

Harari  Y. N: Sapiens: od zwierząt do bogów, wyd. PWN, Warszawa 2014

Pinker S. Nowe Oświecenie: argumenty za rozumem, nauką, humanizmem i postępem, wyd. Zysk i s-ka, Warszawa 2018

Pinker S. Zmierzch Przemocy: lepsza strona naszej natury, wyd. Zysk i s-ka, Warszawa 2015.

Przypisy:

[1]Steven Pinker, Zmierzch Przemocy. Lepsza strona naszej natury, wyd. Zysk – s-ka, Warszawa 2015, s. 352.

[2]Ibidem, s. 353.

[3]Robert Oppenheimer – ojciec bomby atomowej, https://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/1375450,Robert-Oppenheimer-ojciec-bomby-atomowej, dostęp: 27.02.2019.